BLACKHORNED SAGA "Setan"
30 czerwca 2014, Seven Gates of Hell
https://www.facebook.com/BlackhornedSaga

Blackhorned Saga uderza po raz trzeci i od pierwszego łupnięcia miażdży wszystko. Taka jak słychać była idea, by wiązka dźwiękowej przemocy bluzgająca siarą i smołą na lewo i lewo (tu obowiązuje lewostronny porządek ruchu) z głośników rozszarpywała wszystko co spotka na swej drodze, czym niesamowicie wręcz twórcy tego albumu mnie uradowali. Śmierć ludzkości! No nie inaczej, skoro albumowi patronuje tytułowy diabeł. Na maksymalnych obrotach, od czasu do czasu z nutką zwolnienia, maszyna wojenna przez calusieńkie pół godziny prze przez pola bitewne niosąc zagładę na szwedzką modłę w black-death metalowym tempie wielkich sceny, pod czarnym sztandarem pospołu z Dark Funeral czy Marduk, choć zerknąwszy na fotkę jakoś od razu nasuwają mi się skojarzenia również i z kanadyjską sceną pokroju Revenge. Po odsłuchaniu stwierdzam, że całkiem słusznie, zacna to scena bowiem również. Taaaa… czterej jeźdźcy w osobach znanych stąd i owąd: Seta, Argala, Godka i Abygrela w ramach dźwiękowej apokalipsy postanowili rozdupcyć wszystko w drobny mak. Rzeźnia [raczej nie niewiniątek] zagrana z głową, rozsądnie oscylująca między perkusyjnymi blastami i speed black-thrashowymi riffami nawet na chwilę nie zlewa się w niezrozumiały dźwiękowy potok, tak częsty w tysiącach wydawnictw owego nurtu. Zespól Blackhorned Saga od samego początku był daleki od muzycznego niechlujstwa, co procentuje na każdym kolejnym wydawnictwie [nawiasem mówiąc również pozostałych projektów, w które byli lub są zaangażowani poszczególni członkowie omawianej załogi] coraz soczystszym dźwiękiem, co przy selektywnie nagranym instrumentarium tylko i wyłącznie wzbogaca klasyczną przecież w swej wymowie formułę narodzoną już co najmniej dwie dekady temu. Mimo, że przez pół godziny obcujemy z nawalanką to nie jest to muza monotonna, bo jeśli kompozytor ma wyobraźnię, to można bezproblemowo wzbogacić każdy kawałek na tysiące sposobów. A zaangażowani w ten materiał mają!
Drapieżne riffy nieustannie zmieniające swe tempo spływają kilotonami płynnej stali, przekuwanej przez kowalskie młoty w oręż nadchodzącej zagłady, z rzadka przerywane ostrą niczym miecz solówką, opadającą z precyzja i siłą bojowego topora na narząd słuchowy. Bębny wojny Abygrela wieszczą z przeraźliwą prędkością tych dziewięć hymnów buntu, wywrzaskiwanych z prędkością huraganu z płuc Seta i Argala. Polskojęzyczne teksty nie dają nawet cienia złudzeń komu niosą wici. Bitwa ostateczna u podnóża Haar Megiddo jest bliska. Czas wznieść ten kielich goryczy bo wojna wszystkich ze wszystkimi już trwa!
Gunter Prien
MORTIS DEI "Salvation Never Comes"
Release date: July 7th 2014, by Metal Scrap Records
http://metalscraprecords.bandcamp.com/album/mortis-dei-salvation-never-comes-cd
Nieciekawie i nieprzyjemnie ostatnio bywa za naszymi wschodnimi granicami, a tymczasem ukrainski Metal Scrap Records utrzymuje od ponad
20 lat staly kurs na metalowym polu bitwy. Tym razem zadecydował sie zainwestować pokaźną ilość hrywien w nasz krajowy akt destrukcji MORTIS DEI, który pod sztandarem death metalu postanowił przy czwartym, dużym uderzeniu odebrać Wam nadzieję.
Cóż, jak to w tytule zaobserwował podmiot liryczny – Zbawienie nie nadejdzie! Zresztą po jaką cholerę miało by nadejść? Jest jednak co nieco dobrego na tej zasranej planecie i jedno z takich dobrodziejstw odtwarzamy w naszych playerach zmuszając średnio co kolejne 9 kawałków przypadających na omawiane ponad 31 minut dźwiękowej chłosty do ponownego włączenia przycisku „Play”.
Zaczynamy klasycznie od intro, upiornie industrialnego, kojarzącego się jak zawsze w przypadku takich dźwięków z zimną i odhumanizowaną skutecznością Terminatora, choć z muzycznymi pejzażami Brada Fidela ten opener nie ma niczego wspólnego. Ale już po chwili obcujemy z tym, z czym powinniśmy – z soczystym deathmetalowym łupnięciem w centralny układ nerwowy (choc miejscami mamy tu „blackened death” metalowe dzwieki...). Suchy i przepalony wokal od razu przypuszcza szturm na narząd słuchu wespół z instrumentalną kanonadą klasycznego szwedzkiego, melodyjnego, ale kurwa mać nowocześnie zagranego death metalu. I to jest to co przewija nam się przed uszami przez całe te pół godziny – szwedzka melodia z ciężarem, ale takze brzmienie nawiazujace do tego co w polskim technicznym, a czasem nawet melodyjnym death metalu najlepsze. Podróz bez trzymanki prosto w Ciemnosc... Dalej juz tylko czekanie na to co dalej? A dalej wchodzimy tylko glebiej w nowy swiat wykreowany przez Mortis Dei. Swiat, w ktorym nie ma dla nas Zbawienia...
Swiadome czy nie, ciągotki ku göeteborskim tuzom skandynawskiej sceny są słyszalne, ale płynnych, niczym hutnicze wyroby przed krzepnięciem, solowek nie powstydził by się sam Peter z mocarnego Hypocrisy. Fani Decapitated czy Vader takze nie beda zawiedzeni... A i patent ciągłych zmian: szybko – wolno, solo, znowy szybko, tylko chwalic! Bo i nie każdemu to się uda, bo by tak zagrać trzeba mieć niemałą wyobraźnie muzyczną, a tej tutaj jest aż w nadmiarze. Zwłaszcza przy przedostatnim kawałku po prostu klękniecie z zachwytu. Z niesamowitym rozmachem zagrane melodyjne i klimatycznie bujające parte gitar, tworzące klimat idealnego uwienczenia co bardziej wyczerpującego gigu. Gdy wkraczają wplecione w to dość dobrze słyszalne partie pianina można dojść do wniosku, że oto na chlubny wzór wymiataczy z północy docieramy do łagodnego końca tej historii. No ale po około 2 minutach powracamy do blastów i sieki spływającej spod palców po gryfach gitar.
I tak niemalże przez cały album melodia przeplata się z agresją, blasty z pięciotonowymi riffami przejścia bębniarza konkurują czasem o pałeczkę pierwszeństwa z popisami gitarzystów. Gdzieś tam, w oddali słyszalne dla nieco bardziej wyczulonego ucha są elektroniczne pogłosy, nadające temu materiałowi jeszcze bardziej soczystego brzmienia – zupełnie jakby ten ochłap wyszarpanego z brzucha upolowanego zwierza mięcha nie dość miał smaku. Ale jak wiadomo – w dobrej przyprawie jest klucz do podniebienia najbardziej wybrednego smakosza. Bo im dalej, im głębiej w ten album, tym więcej smaczków. Coraz częściej używane histeryczne rejestry wokaliz nadają przekazowi płynącemu z tekstów coraz bardziej emocjonalny wydźwięk, tak aby na końcu już nikt nie miał złudzeń, że wybawienia dla was nie będzie… i tyle! Salvation Never Comes!
Gunter Prien/ Przemek 
REDEMPTOR "Jugglernaut"
20 czerwca 2014, Guitarmanic Records

https://www.facebook.com/RedemptorPL

Death metal niejedno ma oblicze. I to oblicze od dnia narodzin ewoluuje prowadząc słuchaczy swymi dźwiękami w przeróżne rejony przestrzeni. Częstokroć zapętla się, zawraca o dekady, czasem jedynie czerpie z przeszłości, łączy stare z nowym oferując hybrydę gatunków balansującą w mniej czy bardziej ryzykownym tańcu nad krawędzią kakofonii a też i po prostu definiując gatunek na nowo.
Odkupiciel może i nie odkrywa muzyki na nowo ale jednak w dość oryginalny sposób (no ok., może nie do końca oryginalny, niemniej jednak w dość świeży – to na pewno) na jednak bardzo wyeksploatowanej scenie metalowej prezentuje swój niemały już dorobek, choć jest to drugi, oficjalny duży materiał. Wydany niezależnie, co w dzisiejszej dobie staje się dość powszechne. Może to i lepiej, bo determinacja by wyłożyć własne środki na pozostawienie po sobie też poza przemierzającymi cybernetyczną przestrzeń mp3 kilkuset
materialnych nośników wzbogaca niejeden materiał. Często jest to również i ostateczny test dla składu, bo nie każdy uciułany w trudzie pieniądz włoży w swe (ukochane bo ukochane niemniej jednak) hobby. Ale paradoksalnie dzięki temu
obcujemy z jednej strony z niesłuchalnymi odpadami na siłę wpuszczanymi w otchłanie cybernetycznej sieci a z drugiej (niestety częstokroć niedocenianymi) z naprawdę wysokiej klasy profesjonalnymi nagraniami utrwalonymi przez ludzi
obdarzonych rozwijanym latami talentem i niemałym zapałem.
I tak to jest z tym omawianym Redemptorem (nie mylić proszę z barwami klubowymi pewnego DJ,a z Urbem Torunium, on działa w innych rejonach muzycznej ekspresji).
Pierwsze na co zwracam uwagę to niesamowita przestrzeń. Przestrzeń niczym nie ograniczonych, swobodnie wypływających spod palców gitarzystów solówek. Metalowych solówek, którymi album jest przepełniony a które niesamowicie utechniczniają ten łomot. Idealnie współgrają one z growlingiem niejakiego Xaay i groovy’ującym basiskiem. Załoga ma bardzo silną sekcję, która nie tyle że daje potężne wsparcie wysuniętym na front gitarzystom i wokaliście co i sama daje niemały popis swych umiejętności. Bo to jest niemała sztuka tak zagrać, by każdy z instrumentów zarazem tworzył zwartą całość, ale i niejednokrotnie potrafił samodzielnie zabłysnąć. Te partie perkusji, rewelacyjne przejścia bardzo ubarwiają moc tego materiału, wypływającą z każdego co agresywniejszego jebnięcia riffu. Ale i natłok dźwięków, które na szczęście nie wpadają w nierozpoznawalną kakofonię. Bo są one uporządkowane, przemyślane i to dokładnie przed ostatecznym utrwaleniem. W to wszystko dyskretnie wplecione elektroniczne smaczki czy jak kto woli – przeszkadzajki, nieważne. Wszystko to tworzy coś co młodzi lubią zwać groove. Czy techniczny death metal. Ale jest to biegunowo wręcz odmienne od tego technicznego grania prezentowanego przez nieodżałowany death. Tutaj na piedestale wręcz postawiony został gęstniejący z każdym kolejnym utworem klimat ciężkości, swobodnie sunący strumieniami chmur z ołowiu. Słuchając tego materiału mam wrażenie że właśnie ten zerkający z okładki stalowy demon zionie swym oddechem przytłaczając wszystko co żywe do powierzchni ziemi. Muza jednostajnie sunie przez 37 minut naprzód nie tyle miażdżąc co po prostu porywając swym strumieniem wszystko co napotka po drodze. Nieustanne blasty wraz z drapieżnymi riffami pod przewodnictwem basisty, wybijającego coraz to bardziej karkołomne tempa dla całego składu galerników prą ciągnąc ze sobą wrzaskliwy przekaz liryczny z pogranicza problemów egzystencji czy po prostu życia, ubrany jednak w ponurą, ale jednak na swój sposób poezję.
Polecam wam ten materiał, bo to kawał dobrego, polskiego death metalu na światowym poziomie. Ta kapela śmiało mogła by bez jakichkolwiek kompleksów dzielić sceniczne dechy z tuzami ‘cybernetycznego’ metalu z Fear Factory na czele! „Notomorrow for those who waste today...”
Gunter Prien
SOULLESS CARNAGE "From The Remains To Heaven"
17 lutego 2014, Self-released

https://www.facebook.com/SoullessCarnage

Ze stolicy znowu bluznęło nieco czernią. Nieco, boć to niewiele ponad 20 minut czasu, ale na debiutanckie EP w sam raz. Zresztą intensywność dźwiękowa powoduje, ze więcej nie potrzeba. Taka Bezduszna Rzeź…
Cztery utwory utrzymane w konwencji death/black (z dominującą
rolą death) poprzedzone intro to zapewne zapowiedź czegoś większego, do czego muzycy nie tyle że się przygotowują co dojrzewają. Na mini-albumie słychać wyraźnie inspiracje wielkimi sceny (co jest nieuniknione) jak choćby Cannibal Corpse z
okresu już bardziej technicznego grania czy też nieco Deicide, bo solo wieńczące Eyesore’s Eye to po porostu Hoffmanowskie rzemiosło.
Sporo
spowolnień, niemalże ‘walcowych’ pochodów wgniatających słuchacza w fotel poprzedza przyspieszenia miażdżących riffów, z których wypływają co czas jakiś kolejne solosy. Nieźle to zostało okraszone niebanalną aranżacją perkusji. Noooo… człowiek zasiadający za zestawem wie do czego służą poszczególne jego elementy i wykracza daleko poza standardowe przejścia. I taki niemały popis daje w przedostatnim Inner Beauty…, gdzie momentami obcujemy ze starym ‘bentonowskim’ patentem nakładanych na siebie wokali (wszędzie ten Deicide) i… behemothowskim (no nie inaczej mogę to nazwać, skoro często ten patent na ich płytach słyszę) wplecionym w tło chórem jęczących anielskich zastępów (jasne że upadłych, bez cienia wątpliwości). Ot, taki patencik a jak potrafi ubarwić kawałek. Wypływa z niego niemała moc, zwłaszcza przy zderzeniu z potężnymi, momentami gwiżdżącymi wręcz riffami. Całość zamyka dający skojarzenia z mocarnym Hate – Suffocating Demigod. To podobne podejście do konstrukcji utworu, to górowanie konkretnego wokalu przekazującego wizje podmiotu lirycznego do ogólnej wiadomości. Od zwolnień do przyspieszeń, z ciągłym miażdżącym riffem, z ciągłym pochodem perkusji… i te odzywające się w tle dzwony. Chyba cmentarne… nieważne. Ta funeralna procesja musi w końcu dotrzeć do miejsca przeznaczenia. I dotarła po 20 minutach. I odpalamy ponownie i ponownie… Polecam!
Gunter Prien
MASTABAH "I Hate You"
23 kwietnia 2014, Self-released

https://www.facebook.com/mastabah.band

O dobroczynnym działaniu nienawiści wiemy już wszystko, teraz czas na konsumpcję kolejnego jej owocu, którym jest najnowszy bękart gdańskiego Mastabah. Bez zbędnej w tym przypadku ornamentyki werbalnej zauważam że mamy do czynienia z fest jebnięciem w brutal death metalowej stylistyce. Aby nie było za mało to dodam, że na dodatek jest to muza techniczna. I nie chodzi tu o wydumane solówki [które jednakże tu i ówdzie się pojawiają, a już ten z ‘Etude Op IV No 3’ zaspokoił by samego Satrianiego], których nikt na trzeźwo nie byłby w stanie odegrać, ani tym bardziej o patologicznie wygładzoną wirtuozerię nieuchronnie w swej konsekwencji ciągnącą muzyków ku stylistyce jazz. Jak najbardziej nie. Nie ma tu też i tych ciągotek ku Nile, co mogła by zagubionym zasugerować nazwa kapeli zaczerpnięta z egipskiej
nekropolii czy może bardziej jakiejś krypty czy innej wesołej wytwórczości przodków.
Ale jest za to soczysty a zarazem przestrzenny i potężny łomot. I nie zlewa mi się to w jedno chaotyczne pierdnięcie, czego ofiarą padła niejedna słyszana przeze mnie a zbyt ambitnie podchodząca do tematu horda. Cóż, umiejętność obsługi gałek i suwaków za konsoletą też jest ważna i jak by nie patrzeć – ten co odpowiada za nagrania poniekąd staje się współtwórcą tego materiału. I kropka. Tutaj zsynchronizowanie napływających dźwięków, doprowadzenie każdego z nich z osobna do idealnego natężenia jest przeprowadzone wzorcowo. Wzorcowo, bo życzył bym sobie aby tak zrealizowane płyty napływały do mnie w większych ilościach. Odsłuch tak nagranej muzy to czysta przyjemność. Bez domyślania się ja po prostu słyszę każdy instrument. Każde wybicie talerza, równą i zgraną z okładaniem werbla prace stóp, każdy popis basisty wykraczający poza zwykłe wybijanie rytmu. Prawda stara jak świat, wyrosła z muzyki bluesowej, którą co czas jakiś powtarzam jak mantrę – kiedy profesjonalnie działająca sekcja zrobi swoje, gitarzyści mają bardzo szerokie pole do popisu. A i ci robią co mogą, aby spłynęła na nas wręcz cuchnąca zjełczałym tłuszczem i skrzepłą krwią struga rzeźnickiego przerobu. Na przemian miażdżące swym ciężarem gitarowe riffs co jakiś czas rozszarpywane solówkami co wypełzają by narobić zamieszania i spierdolić nieuchwytne i zrobić miejsce dla zbiorowych popisów pozostałych muzyków. Takim wzorcowym tego przykładem jest ‘Path to the Unknown’, gdzie sporo się dzieje. Ciągłe zmiany tempa, szerokie spektrum perkusyjnego warsztatu, co jakiś czas zawodowe jazdy basisty. Tak, ja wiem – po zmianie składu dotychczasowy garowy chwycił za basisko i stwierdziwszy że można też i podrzeć nieco więcej mordę niż dotychczas [przejmując właściwie całokształt strony wokalnej], w głównej mierze stworzył album będący świadectwem klasy głównie jego umiejętności. No i co z tego? Muza ni cholery nie straciła nic a nic ze swej ekstremalności, kontynuuje swój styl zapoczątkowany już na promosie sprzed dekady, tyle że po tylu latach napierdalania warsztat stał się wręcz ‘profesorski’.
Fakt, że ja tam raczej czarnej polewce dłubię, ale deathu i grindu nigdy nie odmówię [he, he – Mickiewicz…]. I jak ta komanda wreszcie nie zaistnieje na przynajmniej europejskiej scenie, to aż się zdziwię. Tu jest wszystko to, czego żywiołowa muza potrzebuje, od cholery i jeszcze więcej determinacji by stworzyć album doskonały. Zarówno pod względem kompozycyjnym ale i pod względem realizatorskim. I żal po prostu mi dupsko ściska, że takie perły krajowej sceny nie mogą znaleźć chętnego do wydania a w konsekwencji posiadającego odpowiednią dystrybucję, tak aby wielu, wielu więcej mogło porozkoszować się tymi dziesięcioma hymnami nienawiści. I HATE YOU!!!!!
Gunter Prien
NOCTEM "Exilium"
3 marca 2014, Art Gates Records
https://www.facebook.com/noctemofficial

No i stało się, oto po raz trzeci hiszpanscy wielbiciele NOCY, na trzecim pelnym albumie, bluzgnęli jadem skazując się na tytułowe Wygnanie. Pewnikiem z edeńskiego ogrodu (lub ogródka piwnego za niecne zachowanie pod wpływem nadmiaru procentów) bo na pewno nie z mego odtwarzacza, gdzie młóci i młóci i młóci…
Starczy wejrzeć w fotki by nie mieć złudzeń jakiej muzie hołdują te dźwięki, jeszcze lepiej usłyszeć, co wyrażają. Od cholery… umiejętności kompozycyjnych, bo pewnie chcielibyście przeczytać że furii, gniewu i nienawiści. Bla, bla, bla, to wiemy. Metal od samego początku istnienia gatunku do tychże nawiązywał i dźwiękowo i tekstowo. Co mnie urzekło w tym materiale najbardziej, to perfekcyjnie zaplanowanie drugiego planu. Absolutnie nie znajduję tu żadnego zbędnego dźwięku. Całość przestrzeni jest wypełniona tymi dźwiękami do granic możliwości. Możliwości poznawczych rzecz jasna, bo nie jest sztuką najebać od groma szelestów zlewających się w bezmyślną i kalecząca słuch kakofonię. Nie, nie, nie-e-e. Jest wypełniona mięsistym brzmieniem. Wręcz ociekającym. No niekoniecznie krwią, bo jednak to nie gore grind. Ale taka niepokojąca wręcz aura „zła” wprost się wylewa z głośników. A jest to wynikiem niebanalnych umiejętności ale i wyobraźni człowieka odpowiedzialnego za studyjną robotę, który dopieścił wszystko z pedantyczną wręcz dbałością o szczegóły. Bo i kiedy przychodzi partia w której perkusista musi po prostu rzetelnie napierdalać po bębnach, to po prostu to słychać, a zarazem nie zagłusza to niemałych wysiłków gitarzystów. Co ciekawi a mnie wręcz fascynuje, ten oto człowiek zastosował patent który rzadko kiedy znajduje na płytach. Ano, nie postawił na promocję umiejętności jednego tylko lub niektórych tylko członków składu, co w wielu przypadkach po prostu spłaszcza muzę do granic idiotyzmu i jest jedynie promocją kolesia co mając parcie na szkło pręży się następnie na pierwszych stronach kolorowych e-periodyków, a zwłaszcza na własnym profilu mordoskrzynki. Bo że dziewuchy raczej omijają basistów czy perkusistów to smutna dla nich rzeczywistość, zazwyczaj promowani są wokaliści albo gitarzyści (co z kolei jest ich radosną rzeczywistością). Ale, ale - „brzmieniowiec” gdy należy, potrafi umiejętnie rozłożyć nasilenie dźwięków, by wypromowany był perkusista potrafiący nie tyle co okładać swe instrumenty, co popisać się zgrabnym przejściem. A marszowe tempa są idealnymi miejscami, gdzie po prostu koleś daje popisy swych niemałych umiejętności zdobytych milionami godzin ćwiczeń warsztatu. Jeśli gitarzyści muszą pokazać słuchaczowi jak giętkie mają paluchy i co nimi potrafią wykrzesać z gryfu, to dlaczegóż by nie wzmocnić ścieżki gdzie można by i wsłuchać się w melodie wybijane przez basistę. W to wszystko wplecione są po prostu [nie przeproszę za słowo-bluzg] przekurwazajebiste czy to orkiestracje czy też chóry, najprawdopodobniej jednak upadłych w pyle porażki zarzewia buntu – aniołów. Ale nic mi to a nic nie przeszkadza, bo nawet jeśli zrobiła to skrzyneczka zasilana 220 voltowym napięciem to odwaliła kawał rewelacyjnej roboty, a i tak zaprogramował ją przecież jakiś człowiek z wyobraźnią. I to niemałą.
I im dalej wgłębiam się w płytę, z każdym kolejnym kawałkiem odkrywam, jak powoli, od szybkich wyziewów prędkich niczym śpiesząca na swój pierwszy sabat wiedźemka, z każdym kolejnym kawałkiem przechodzimy do coraz większej dozy klimatu, momentami nawet i patosu. No bo i im bliżej końca płyty, tym więcej pojawia się zwolnień, dyskretnie wplecionych popisów, wtrętów klasycznej gitary i – kurwa, nie boję się tego założenia, tak po prostu będzie - przyszłych hymnów koncertowych. Może ktoś wieszać psy na Dimmu Borgir czy Satyricon ale nikt przy zdrowych zmysłach nie zaprzeczy, że te załogi mają w swym dorobku pancerny wręcz zestaw „piosnek” przy których publika wpada w amok, śpiewa razem z frontmanem. I takowe się tutaj znajdują, i ja zakładam że dwa ostatnie, wieńczące płytę kawałki takimi hymnami się staną, a ostatni, zwalniający, wręcz zachęcający do machania łapskami w rytm skandowanych przez kilkadziesiąt (…set.. itd.) spoconych ludzi wersów będzie na niejednym festiwalu kończył ich set. A nim ten koniec setu nastąpi, wielu z tłumu tej nazwy się będzie domagać…
A że nad tym musi się unosić suchy, bijący niczym taran w bramy zdobywanej warowni wokal – to rzecz oczywista. Nie znajdziemy tu zniewieściałych popisów zmiany barwy, natężenia i temu podobnych cudów, do których przyzwyczaiła pewna komanda z wysp brytyjskich. Ale to bez znaczenia, bo i w takim podejściu do rzemiosła jest MOC. A nawet jest to właśnie kwintesencją tejże. On po prostu niczym oszalały prorok zdeprawowanego kultu z ambony usypanej z doczesnych szczątków swych pokonanych wrogów deklamuje wersety kultu nihilizmu. Od ryku do wrzasku gdy należy, zawsze z zawziętością godną ortodoksyjnego fanatyka albo po prosu szaleńca zaznajamia otoczenie ze swymi filozoficznymi wizjami porządku wszechrzeczy. Ale z treściami to poproszę zaznajomić się samodzielnie dokonując wglądu w załączoną do CD bookletu. I niech stanie się noc… szukajcie światła wygnańcy…
Gunter Prien
AKROTHEISM "Behold the Son of Plagues"
8 lutego 2014, Odium Records

https://www.facebook.com/Akrotheism

O ile Watain odszedł od swego pierwotnego brzmienia, tak nagrania ze sztokholmskiego Necromorbus może nie tyle że je zachowały, ale niewątpliwie osiągnęły swój charakterystyczny szlif, podobnie jak swego czasu Abyss czy
Grieghallen. A tu przecież był jedynie ten materiał mixowany i masterowany. Nagrania przeprowadzono w ateńskim Devasoundz gdzie nagrywało kilka dość dziś już rozpoznawalnych greckich załóg. Niemniej jednak wolałbym, aby Watain tak właśnie brzmiał jak to prezentuje na swym debiucie [bo jednoutworowego początku na splicie z zeszłego roku nie liczę] grecki Akrotheism. Hellada coraz bardziej mimo swej południowej lokalizacji zaczyna obsiadać śniegiem i szronem…
Selektywne ale nadal brutalne i soczyste brzmienie od pierwszego włączenia tego materiału po prostu upaja. Mnóstwo przeszkadzajek w postaci upiornych chórów czyni ten materiał bardziej złowróżbnym. Przed oczyma od razu stają obrazy z horrorów z lat trzydziestych zdechłego stulecia w których główne role obejmowali B.Lugosi czy B.Karloff. Niewątpliwie demony czuwały nad natchnieniem twórców a ghoule nad ich bezpieczeństwem.
Po krótkim wprowadzeniu, które nie jest jakimś poronionym ambientem ale zawodzeniem opętanych kapłanów zapomnianego kultu zagłuszonym przez powolnie wybijające swe rytmy zimne i odhumanizowane instrumentarium, wkraczamy w strefę szybkiego i soczystego brzmienia z dosadnym wokalem. Rozpędzona do maksymalnych obrotów maszyneria zagłady wprowadza nas w świat skreślony wedle zasad ezoterii, nihilizmu i ortodoksji kultu Szatana, któremu mroczne postacie zaangażowane w ten skład namiętnie się oddają. I dobrze, przynajmniej nie mam złudzeń z jaką muzą od początku do końca mieć tu będę do czynienia. Z urozmaiconym black metalem, bynajmniej nie zamkniętym w klasycznym brzmieniu lat 90-tych ale mimo to czerpiącym z jego osiągnięć pełnymi garściami. Z zimnym, ale nie obskurnym brzmieniem rodem z północnych skandynawskich fiordów spotęgowanym demonicznym natchnieniem płynącym z południowych, psychodelicznych brzmień francuskojęzycznych piewców potęgi Chaosu z lubością nawiedzających paryskie otchłanie katakumb. Tak – ta płyta na pewno łączy ze sobą różne nurty tej formy muzycznej ekspresji, głównie te dwa, przy czym nie zamyka przed sobą drzwi ograniczeniami stylistycznymi. Bo i po cóż to robić, skoro umiejętnie można operować dźwiękiem a właściwie jego natłokiem, tak zgrabnie balansując między brutalną sieką w ultra-tempach a gitarową melodią i nastrojem, łącząc je niejednokrotnie w jednej kompozycji. Grecy posiedli tę rzadką umiejętność płynnego przechodzenia w utworze między stylami, między klasycznym brzmieniem gatunku a nowym, wplatając w to na swą modłę mnogość generowanych przez sztuczną inteligencję demonicznych zawodzeń, roztaczając nad materiałem aurę niepokoju i nienamacalnego a utkanego z antymaterii zła.
Niesamowicie mocny materiał na debiut, który powinien przypaść do gustu zarówno lubującym się w klasycznej brutalnej sieczce ale i tym co szukają nieco zakręconych dźwięków rozpaczy spod znaku francuskich samobójców. A do tego brawurowo odegrany cover pewnej znanej tu i ówdzie kapeli sprzed lat, któremu został nadany zupełnie nowy wydźwięk, tak charakterystyczny dla całej tej płyty. Znakomita płyta!
Gunter Prien
GREEN ASYLUM "Zero"
3 lutego 2014, Self-released
https://www.facebook.com/green.asylum

Zero grawitacji. Taka post-alkoholowa lewitacja mile odczuwana, nawet i wskazana. A może grzybowa… tylko czemu w psychiatryku na zielono malują te umykające przede mną ściany…? W tytoniowych kłębach, wódczanych  oparach, na chemicznych pożywkach… tam zawsze gdzieś zakiełkuje natchnienie. Natchnionej muzy nigdy mi zbyt wiele…
Green Asylum to muza nieznośnie lekka w swej ciężkości. Nieznośnie lekka bo lewituję wraz z nią, ulatuję na każdym riffie ku nieznanemu. W swej ciężkości bo każde brzdąknięcie basu niebezpiecznie ciąży i ściąga tylko nie bardzo odnajduję się w przestrzeni, nie wiem gdzie był dół, gdzie będzie góra. Brak grawitacji, brak granic.

OK, nie za bardzo widzę tę muzę w cubrickowskiej Odysei kosmicznej, ale odlot jest. Ale przy stoner-doom to norma. No i do tego te rewelacyjne klawisze, choć z czystym sumieniem można by je żywcem wpleść w kompozycje jakiejś fińskiej kapeli z nurtu funeral-doom, to muza ta bynajmniej nie ciąży w kierunku grabarskiego dołu. E-ee. To niewątpliwie lot opasłej osy. Ociężałej, bo nawalonej, ale nadal latającej. W tempie co najmniej spacerowym, odmierzanym powolnymi miarowymi uderzeniami w zestaw perkusyjny, cyklicznym, niemalże szamańskim pierdzeniem basu. Aha – szamańskim, bo tak pewnie jeden z pierwszych syberyjskich przedstawicieli kasty kontaktujących się z duchami przodków po zażyciu kilku łyków grzybowego wywaru waląc drągami w nadpróchniały powalony pniak, wprowadzał w trans całą pozostała gromadę uczestników rytuału.
A nad tym unosi się głos. Głos recytujący wersy objawień. Albo rojeń odurzonego mózgu. A może uwolnionego z kajdan materialnego świata? Cholera wie, może jego obraz jest tylko zasłoną dla niepożądanych gości i tylko nieliczni odnajdują klucz do bram prawdziwej percepcji? Może Huxley miał rację?
No nic, ja tam po raz n-ty odpalam PLAY i ani ćmika ani piwa nie potrzebuję. PLAY…
Gunter Prien
CINIS „Subterranean Antiquity”
https://www.facebook.com/cinisofficial
Wszyscy wielbiciele potężnego death metalu – strzeżcie się! Czy to zza winkla w drodze do waszego ulubionego warzywniaka po ochłap padliny, czy to podczas nocnej pielgrzymki do najbliższego monopolowego po flaszkę czy też z eteru zaprzyjaźnionego radyja, te dźwięki dopadną was w najmniej oczekiwanym momencie. Na pewno nie usłyszycie ich z ambony waszego ulubionego dj’a z Urbem Torunium, ale nie podejrzewam by abonenci akurat tego medium tu zaglądali.
Nie wiem kiedy, nie wiem nakładem którego labela, ale wiem, że jak już się ten majstersztyk ukaże, e-shops go oferujące powinny większą ilość stuk CD posiadać. Klasyczny death metal powraca do łask, bowiem nie każdy musi grać ultra brutal gore death/grind, a nawet jeśli akurat gra i słucha, to klasyki nie sposób zapomnieć. No chyba że jest się rocznikiem dziewięćdziesiąt albo dwa tysiące którymś tam to i pewnie o tym jak się muzę grało dwie-trzy dekady temu się nie wie. No ale bądźmy optymistami.
Ekipa Popiołu zgodnie z nazwa albumu, zanurzyła się w śródziemnomorską antyczność. Teksty pominę, na dziś dzień ekipa szuka wydawcy, więc nieliczni je poznali, jako i ja zerkając w e-booklet. A jako fan literatury wiem, że najlepiej smakuje własna interpretacja. Wtedy młody adept tego czy innego tematu zaczyna szukać by zdobywać i smakować wiedzę. A i tak zawsze to kwestia własnej interpretacji. A i grafiki co nieco nawiązując, przedstawiają może nieuchronną przyszłość, może nieco przeszłości… Dopadniecie CD, całość wysłuchacie, teksty poczytacie, grafiki obejrzycie, reszcie wiernych opowiecie. Tymczasem na falach Radia Heretica słuchajcie co oferują.
Muza zaś oparta jest na klasyce death metalu, ale zagrana tak, by brzmienie przystawało do standardów roku 2014, choć materiał nagrywany był (i to przy pomocy i w asyście dość dobrze znanych na scenie person) nieco w 2012 i co nieco w 2013. Jest po prostu świeża. Przestrzenna i mięsista. Ale w death metalu inaczej się nie da. Kret „bulgota” wylewając z siebie tonami niechęć do zdychającego na naszych oczach świata. A może tylko komentarze sybillicznych wizji odtwarzanych na autostradach neuroprzekaźników wijących się po splotach mózgu. Towarzyszy temu zgrane gitarowe duo krzeszące na gryfach tornada ulatujących ku nieboskłonom wirów muzycznej furii, częstokroć spowalniane kromlechami ciążących ku otchłaniom riffów. Towarzyszy im dzielnie niebanalna sekcja, która (co nie raz podkreślam, bo taka jest niezaprzeczalna prawda) sprawnie i jakże wyraziście i słyszalnie utrzymuje ten gnający przed siebie kolos w ryzach, by co jakiś czas nasze uszy mogła uraczyć solówka.
Klangujące uderzenia biczy i równo maltretowany werbel zakreślają tempo, poza które wykroczyć nie sposób. A te bywają szybkie a czasem i jeszcze szybsze. Taaa… basista odwalił tu kawał dobrej roboty. Jest to co lubię. Dzięki za wszystko jego wkładowi „jebnięcie” jest jeszcze bardziej soczystsze, nawet gdy obaj gitarowi ścigają się solosami, ten ciężar nadal jest słyszalny. Aż ciekaw jestem, jak to zabrzmi na żywo. A znany stąd i owąd „bembenista”, jako że w niejednej kapeli gra(ł) i warsztat wyrobił sobie niemały, daje tu upust swym umiejętnościom obsługi profesjonalnie rozbudowanego zestawu.
Materiał nie odkrywa żadnego nieznanego dotąd lądu na nowo, bo nie to było jego zadaniem. Klasyczny już dziś nurt, ale zagrany w nowoczesnym aranżu to jednak sztuka. Bo niby z jednej strony w studio z cyfrowymi bajerami można najebać ścieżek i zrobić „dzieło monumentalne” ale nagrać coś, co brzmi naturalnie, a zarazem by miało szansę zostać odegranym na żywo bez pomocy odtwarzania zapisanych ścieżek z PC-ta, to już oznaka profesjonalizmu. I z tym tu za każdym odtworzeniem obcuję.
Gunter Prien
DET GAMLE BESATT "Primary Evil"
1 lutego 2014, Black Vault Productions

https://www.facebook.com/pages/Det-Gamle-Besatt/617689144989060
Już po otwarciu pudełka z bookleta wyziera na nas Nieświęta Trójca ogarnięta tym Pierwotnym Opętaniem. Pierwotnym, bo toż to pierwotny skład Opętańca [Besatt] w którym tworzył jeszcze przed wydaniem kultowego tu i ówdzie demosa „Czarci Majestat”. I muza ta jest w swym brzmieniu hołdem dla potęgi metalu lat 80.tych ubiegłego wieku zdechłego millenium. Ale zarazem korzeniami swymi sięga nie tyle tych lat 90-1 w których powstał materiał z pierwszej połowy tej ep jeszcze pod szyldem Besatt, gdy przed demosem ta muza krążyła na rehach, co stworzonego na starą modłę materiału powstałego w 2011 gdy starzy, byli członkowie spotkali się po latach z Belem by co nieco nagrać na jubileuszowy „Unholy Trinity”. Tak – ta muza zakreśla pełny krąg. A w nim pentagram nekromanty… Bo cóżby innego w nim być mogło.
Beldaroh, Weronis i Dertalis pędzą wyraziście lewą ścieżką autostrady nie za bardzo zwalniając ale też i nie popadając w niekontrolowane szaleństwo. Tak, ta muza to świadectwo tego jak brzmiał czarny metal jeszcze w ubiegłych dekadach, nim rozkwitł na dobre thrash i nim wybuchła rewolucja death, nim w płomieniach płonących świątyń na dalekiej północy narodziła się druga fala black metalu, tak odmienna od kontynentalnego pierwowzoru - coraz śmielej wówczas wychylającej z garaży i piwnic hydry.
Program rozpoczyna ważny numer bo łączący stare z nowym, a może nie tyle łączący co przenikający materię i czas. Ha, a oto horyzont zdarzeń, co jest poza? Oto kompozycja będąca jedną z tych, co zainicjowały po pierwszym wspólnym jamm session po latach do powołania do życia nowego projektu będącego zarazem tym starym, pierwotnym, prastarym… „Ares” – numer jeszcze z reha „Ares” a pojawiający się w tej właśnie wersji i na nowo nagranej w 2011 na potrzeby Nieświętej Trójcy. Teraz po raz trzeci nagrany – „W mej duszy szaleje Ares!” wrzeszczy jeden z opętańców! I tak właśnie jest. Heavy metalowo, melodyjnie, opętańczo!
Potem wspólnie z Nazarejczykiem wespniemy się na Golgotę krocząc via dolorosa! Nie ma zmiłuj! Są za to waltornie i dyskretnie wplecione klawisze, by męczeński pochód ku nieuniknionemu nabrał swej naznaczonej patosem śmierci wzniosłości. W rytmie opętanych werbli wkraczamy wraz z centurionami na miejsce kaźni… by potem… Potem nie pozostaje nic innego jak wkroczyć w Mój Raj, jakże inny. To właśnie jest ten utwór promujący to wspaniałe mini już od kilku dobrych miesięcy i wałęsający się w sieci na WaszejTubie. On po prostu miażdży. „Myślą zawładnął mrok, to co było – nie istnieje!!” Tak, on wprost emanuje thrash-blackową czarną energią z rodowodem prosto z najlepszych dokonań [w końcu sąsiedzi] KAT. Maniera wokalna niewątpliwie rodzi skojarzenia z głosem najsłynniejszego metalowego trubadura Rzeczypospolitej – Romana, ale jest bardziej zadziorna niż obecny pierwowzór. I dobrze, nie potrzeba nam podróbek.
I kończący „stary materiał” Epitafium Ku Czci Boga, ociera się już momentami z lekka o deathowe riff’s, mocarny bass
i waltornia wraz z chóralnym zawodzeniem opętańców „Żegnaj Ojcze…” i wrzaskliwym wokalem Bela jak to później na kolejnych wydawnictwach [kolejnych – ha, ha, retrospekcje?] już zwyczajowo bywało.
No i od tej chwili obcujemy już z nowymi kompozycjami. Deus Est Mortuus już z nazwy to credo przyświecające kroczącym pod czarnym sztandarem Piekieł trzech ambasadorów Diabła na Ziemi. Cóż – nic dodać, nic ująć. Przez wezwanie płynące z Wojennych Werbli ku zejściu na Ołtarze Piekieł wpełzamy w Labirynt Szaleństwa. A nad tym wszystkim wciąż unosi się ten klimatyczny dźwięk waltorni, tak zacnie ubarwiający drapieżność suchych riffów. „Ciemne powietrze przeszywa jęk wojennych werbli…”. Ano, dokładnie. I właśnie kończący Labirynt Szaleństwa to już prawdziwa perełka. Jasne, że czarna jak Dupa Szatana. Melodyjny, zadziorny, zwieńczony przepięknymi klawiszami i łacińskojęzycznymi chóralnymi recytacjami współbrzmiącymi z wrzaskami Bela. „czarna postać w kapturze, z kosą na ramieniu – zbliża się powoli…”.
Ludziska, kupujcie ten materiał. Już niebawem nadejdzie pełnominutowy album, być może że i w tym też czasie nadejdzie nowy Besatt. Obie hordy znajdą zapewne kolejny pretekst i możliwości by znowu ponownie zagrać parę sztuk. Może dokooptowały by i formacje stworzone przez pozostałych „uciekinierów” z pokładu? No, Diabolicon w końcu też zacny [recka długograja gdzieś w tej zakładce się wałęsa] a i Dimidium Mei niezgorszy. I spójrzcie sami na piękno lat 80.tych. O tej komandzie wiedział ten, kto dowiedzieć się miał. Reszta zobaczyła i usłyszała dopiero na scenie jako openera przed Besatt. Tak jak to bywało ze dwie-trzy dekady temu. Nim tak jak obecnie mordo-ksiazka zaczęła promować każde badziewie, a największe gówno w formacie mp777 wciska się w uszy i często samoczynnie wypływa wszystkimi innymi otworami, nierzadko tymi fizjologicznymi. A kiedyś po prostu grało się gdzie i ile się da, a jak przed kimś już rozpoznawalnym, to i ludziska zapamiętali a jak się muza spodobała, to potem tej muzy szukali.
Gunter Prien
ROTTEN AGE "Zgnilizna Dziejów"
7 stycznia 2014 (Self-released)

https://www.facebook.com/rottenage
Nowy Targ zaczyna być na mojej osobistej mapie nowym miejscem z którego spływa sporo dobrych jak dla mych wybrednych uszu materiałów. No, do Krakowa niedaleko, a stamtąd hord namierzyłem już co niemiara. Jak widać, w tej zakładce już śmigają dwie recenzje powiązanych z tym miastem zespołów. Czas na trzecią. Nazwa komandy podobnie jak i tytuł wydanego własnym nakładem debiutanckiego pełnominutowego albumu zdradza wszystko w temacie idee fixe przyświecającej owej dźwiękowej pożodze. Ano pożodze, bo to i z tej właśnie półki pochodzi ta płyta. Chłopaki swymi instrumentami tworzą soundtrack pod swój niekoniecznie tryumfalny, ale jednak pochód wprost w czeluście piekła. No niewątpliwie chóry wyjców-potępieńców, tak dość sugestywnie przedstawione na okładce dołożą swe 6 groszy by umilić ten
przemarsz w otchłań. No ale nim do tego dojdzie, skupmy się na serwowanych dziesięciu hymnach ku czci wszystkiego tego, czemu hołduje black metal. A bo właśnie z tym gatunkiem muzycznej ekspresji tu obcujemy.
Polskojęzyczne teksty, nie pozostawiające złudzeń co do optyki odnośnie systemów religijnych wartości ale i ludzkości jako takiej, bluzgają na lewo i prawo. Ich moc i przekonanie autora o jedynej możliwej ich słuszności podkreślana jest dość mocno dzięki oprawie brutalnych a zarazem przepełnionych szwedzką melodią riffów. Oczywiście że w odpowiednim dla gatunku tempie, bo jakże by mogło obejść się bez blastów. Arrrrghhhhh… szwedzcy wyjadacze północnych śniegów są niewątpliwie dumni i ochoczo przyjmą „naszych” w szeregi Berserków zdobywających pola bitew u podnóża Vallhalli. Piękne muzyczno wokalne wizje roztacza omawiana wataha, niczym po zażyciu legendarnego amanita muscaria i pozostawia po sobie jedynie zgliszcza. Jeśli miałbym porównać tę muzę do któregoś z wielkich to od
razu nasuwają mi się na myśl tylko dwie nazwy: Dark Funeral i Marduk, choć daleki jestem od jakiegokolwiek oskarżania o nadmierne inspiracje. Nie-eeee. Po prostu jest tu podobna dzikość i bezkompromisowość zamknięta w niemalże bestialskim traktowaniem posiadanego instrumentarium, w szalenie sugestywnym przekazie.
Choć trzeba dać świadectwo prawdzie, że nie tylko napierdalanką człowiek żyje. Jest wyróżniający się w tym materiale utwór. Wsłuchajcie się bowiem w mego faworyta zamieszczonego pod numerem 9 o wdzięcznej nazwie "Hańba". Jest to mimo wszystko hołd oddany bożyszczom z MayheM. Ten sam marszowy pochód basu, zimny powolny riff, średnio szybka perkusja wybijająca swój rytm i spływająca deszczem okładanych talerzy. Kawałek mógłby być jednym z kluczowych numerów na polskim tribucie [czytaj: nie zlepku do granic przewidywalności odklepanych roverów ale autorskich kawałków skomponowanych w duchu płyty wszechczasów DMDS] dla tej załogi. No ale…
Tak, ta horda zajdzie daleko, bynajmniej nie tylko tam, gdzie już swawolnie w rytm swych kompozycji zmierzają. Na początek pod strzechy posiadaczy tego CD. Potem, mam nadzieję że dalej i dalej…
Gunter Prien
RAUS/ PERUNWIT "Under The Sign of The Black Sun" (split CD)
7 lutego 2014, Odium Records

Zrealizowawszy się na blackmetalowym polu w dwóch zacnych projektach, Shadow postanowił zasmakować tworzenia nowych brzmień. A że współtworzy je z Aro, zasadne było aby i jego komanda uzupełniła ten CD programem ze swej EP. Ano, bo skoro cały CD oscyluje w okolicach 40 minut, to obie składowe to typowe EP’s.
Zaczynamy od RAUS! Niewątpliwie jest to metal, ale nie taki do jakiego przyzwyczaiłem się obcując z Black Altar i Kriegsgott. Ta muza nie jest black metalem. To nie ta stylistyka. Ale wcale nie oznacza to że jest to coś gorszego. Nawet dla ortodoksów nie powinny to być odstręczające dźwięki, ale ci raczej tego CD sobie nie zakupią a już na pewno nie postawią obok największych dzieł tego gatunku. No ale dzięki różnorodności upodobań też i scena oferuje mi nieskończoną ilość fascynujących dźwięków w których z lubością się nurzam.
Ok, zaczynamy od długiego introsa o wprowadzającym w nastrój wydawnictwa tytule, no bo i faktycznie jest to ‘Duch Zwycięstwa’ – odegrany z patosem, wchodzący nawet w symfoniczną orkiestrację, nieco smakujący industrialem. Potem jedziemy z promującym ten materiał – nomen omen – kawałkiem ‘Raus!’. Tytuł idealnie oddaje wydźwięk. Nawet i to koślawe video pod ten klip idealnie wpasowuje się w wizję, jakiej doświadczamy słuchając tego numeru – tak kroczą armie zła. Tego prawdziwego, namacalnego, prowadzone przez człowieka ogarniętego wizją wielkości a szczezłego w prochu i pyle porażki oraz pogardy dla pokonanego. Nie jemu sądzona Vallhalla… Ale, abstrahując od wizji, jest to najmocniejszy kawałek tej części splitu. Jest ciężki riff, industrialne, momentami kojarzące mi się nieco z R+ tempo nieubłaganie kroczącej naprzód maszyny. Takoż jest i w kolejnym, niemieckojęzycznym ‘Ich bin Gott’. Tu już jest inaczej, zupełnie inaczej, nieco wolniej. A zaczyna się od deklamacji wypowiadanej na tle werbli wybijających przygotowanie do salwy plutonu egzekucyjnego. Jeden z nich ma w komorze ślepy nabój, więc może mieć nadzieję, że to nie on przyczynił się do losu skazańca przywiązanego do pala i smakującego ostatnie tchnienie słońca. Co rusz to przerywane jest suchym uderzeniem riff’s i splecione schizofrenicznym efektem niepokoju generowanym z samplera. Ja bym ten kawałek nazwał też introsem, nieco mi on pachnie tymi industrialnymi wplotami rodem z Himery kultowego (przynajmniej dla mnie) MayheM. Ale nic to, bo po nim następuje klejny ‘mocny’ akcent części tego materiału o łacińskiej nazwie ‘Okrutnego Ludobójstwa’. I tak mamy do czynienia z ponownym ożywieniem, ale nie ma już tego ciężaru. Wokalnie nadal jest to typowy dla pozostałych projektów Shadowa sposób growlu ale o ile ‘Raus!’ jeszcze miał pewne naleciałości (znikome ale zawsze) z Black Altar, to tu ich nie oświadczam ani grama. Odhumanizowane z lekka sample co jakiś czas przejmujące wiodące, tzw. ‘pierwsze skrzypce’, współgrające z ciężkim brzmieniem samotnej gitary (no nie ma basu, nie ma, ale to nic, bo automat perkusyjny nadaje temu i tak doskonałe brzmienie) tworzą nieco mroczniejszy klimat niż poprzednie. No i dobrze. Bo przy czwartym kawałku mamy do czynienia ze spojrzeniem na temat z czwartej perspektywy. By w piątym zatoczyć krąg i powrócić do początku, gdyż przesłanie wojów ‘Idź i giń z Honorem’ wieńczące część Raus! to ponownie elektronika/industria czy jak tam zwać tego outrosa. A wplecione weń sample z przemówieniem jakiegoś wodza brzmią po prostu rewelacyjnie.
No i zaraz po tym mamy już do czynienia z materiałem PERUNWIT, który niekoniecznie zainteresuje słuchaczy tego radyja (nie ma ono ryja) bowiem nie ma tu chyba zbyt wielu amatorów ambientu a tym bardziej z wplecionymi elementami muzyki dawnej czy folku. Ja tam specjalistą w tej dziedzinie na pewno nie jestem, choć przyznam, że mroczne podziemne black dark [a jest tego od cholery i jeszcze odmian] ambienty chętnie słucham. Nie znając Perunwit chętnie zatem sięgnąłem i po tę część materiału ze Znaku Czarnego Słońca. Powiem pokrótce tak – mnie się podoba, ale nie jest to na pewno to, co usłyszycie na falach tego radyja. Muza jest z klimatem charakterystycznym dla tego gatunku, to przestrzenne pejzaże wolnej przestrzeni, wypełnianej pędzącymi tabunami dzikich koni przez pradawne połacie tej ziemi. To pobojowiska kryjące powalonych w bojach wojów, to lęki rodzące się w objęciach demonów zsyłających na ruszających w bój za swe wioski, za mamiące wizjami rozkoszy łupy i za całe bogactwa materialnego świata. I to wszystko namalowane dźwiękiem. Dźwiękiem sączącym się powoli do waszych umysłów i wywołującym rojenia…
Gunter Prien
SUFFERING "Chaosatanas"
7 lutego 2014, Mort Productions

https://www.facebook.com/sufferingbm
Za recenzję tego materiału mogło by posłużyć motto tejże hordy o wszystko tłumaczącym w zakresie stylistki brzmieniu: No morality, no tolerance, no human, no God! Veni, Omnipotens Aeternae Diabolus! No i od razu wiadomo że trójka rzeźników hołduje blackmetalowej rzeźni w jej skandynawskim wydaniu. A może jak kto woli południowoamerykańskiej. Ale że to właśnie Vikingowie odkryli ten kontynent, to na jedno wychodzi. Nazwa kapeli w żadnej mierze nie obrazuje odczuć jakich doznaję podczas obcowania z tym niespełna półgodzinnym materiałem. Sześć klasycznych black/death metalowych hymnów ku czci Diabła odegranych z pasją palącą niczym siara z samego dna Piekieł. Z zaangażowaniem godnym tylko tych co przetrwają jako ostatni żywi starcie u stóp Megiddo. Nie, ja nie cierpię, ja doznaję samych uniesień. Ta epka ofiarowuje mi to, czego w muzyce szukam. Nie przekombinowanego ale za to świadomego i technicznie uzasadnionego chamskiego łomotu. Odpowiednio mocnego i ciężkiego. Gdy należy, melodyjnego. Gdy trzeba, osadzonego w wolniejszych rytmach, gdy należy, pędzącego niczym cherubinek umykający przed napalonym a jeszcze nie dość pijanym satyrem.
Ogółem, jest to właśnie to, czego szuka każdy rozmiłowany w brutalnym (najczęściej choć przecież że nie tylko) szwedzkim black metalu. Tyle że nie jest to żadna bezczelna zżyna z hord o wyrobionej już marce, co nie dziwi, bo jednak tworzą tę załogę ludzie, którzy zaangażowani są w grę w bardzo szanowanym zespole (przynajmniej przeze mnie i morda w kubeł jak ktoś ma inne zdanie, niech sobie je ma i ze mną się nim nie dzieli) ale kontynuacja wydeptywanej od kilku dekad tysiącem stóp ścieżki. Kompozycje dość długie, bo po około 4-5 minut. Z tym ulubionym, charakterystycznym zimnym riffem. Z drącym japę wokalistą, który albo jest obdzierany ze skóry albo po prostu kocha to co robi. Chyba kocha, bo nadal jest wymieniany jako członek składu a nie R.I.P. Z perkusistą który chyba wizualizuje jak okłada kogoś znielubionego po mordzie bo nie szczędzi on swego sprzętu. Udręczony werbel pewnikiem puchnie. Jedyne do czego bym się przypieprzył, to to, że nie słyszę jakiś popisów basisty (a zarazem gitarzysty) który po prostu robi swoje – współtworzy dobrze zgraną sekcję rytmiczną.
I to tyle... Bardzo dobry podziemny skład z bardzo dobrym materiałem dla rozmiłowanych w podziemnym graniu. Dla mnie w sam raz bynajmniej jednak nie do odtworzenia tylko na jeden raz. Na razy wiele. Bardzo wiele!
Gunter Prien
DEF/LIGHT "Transcendevil"
30 listopada 2013, Metal Scrap Records

https://www.facebook.com/DEF.LIGHT
Ukraiński skład z Dnietropietrovska zaprezentował trzecią odsłonę swej muzycznej wizji, tym razem w oficjalnych barwach rodzimej Metal Scrap Records. Chyba na złe im to nie wyszło bo i łatwiej już o ten
materiał niż wcześniejsze będzie, a i reklama na jakimś flyersie śmignie tu i ówdzie. Ogólnie rzecz ujmując, muzycznie to symfoniczny black/death metal, który najprościej jest porównać chyba do najlepszych osiągnięć np. Cradle of Filth z okresu “Cruelty and the Beast” czy co nieco Dimmu Borgir. Na pewno wobec bogatej w aranże orkiestracji będących bardzo ważnym elementem tych dziewięciu [właściwie siedmiu bo jest króciutkie intro i bardzo rozbudowane outro] kompozycji składających się na nieomal trzykwadransową płytę. Ale nie ze względu na pozostałe dźwięki. O ile mogę sobie tutaj pozwolić na tego typu porównania, to mam świadomość że nie oddają one za grosz charakteru muzyki. Nie mamy tu do czynienia z zapożyczeniami ani powielaniem wcześniej wydanych płyt kolegów z bardziej na północ położonych krain.
Muza bazuje na zupełnie innym riffie i na brutalniejszym potraktowaniu tematu. Nie kładzie aż takiego nacisku na ten tzw. „klimat”, co wcale nie oznacza że brak tu jest melodii tak charakterystycznej dla dokonań Brytyjczyków czy Norwegów. Jest jej mniej, na pewno nie ma tej gotyckiej przesady w którą po przywołanej płycie coraz mocniej popadały wampiry nie mogąc zdecydować się na jakąś konkretną stylistykę. Nie ma tego wzniosłego patosu czyniącego wiele utworów Dimmmu Borgir koncertowymi hymnami, choć i przy tych dźwiękach z pewnością zgromadzona pod klubową sceną publika szaleje. No i właśnie wielbicielom tych formacji album powinien przypaść do gustu.
Już od początku komanda zaczyna szybko i ostro. Wokalista drze się przez cały album, w głównej mierze stosując język angielski, co jednak przy sposobie śpiewu zbyt wielkiego znaczenia nie ma. Jak ktoś chce zapoznać się z tekstem musi po prostu zajrzeć do załączonej do dysku książeczki. Wrzaskowi co jakiś czas przechodzącemu w growling towarzyszą twarde i suche riffy wzmocnione wyrazistą perkusją i basem, w co wkomponowana zostaje co jakiś czas dość zgrabnie nagrana solówka. A nad tym wszystkim górują klawisze, które nie są bynajmniej na pierwszym planie, ale zdecydowanie
towarzyszą muzyce przez cały czas trwania krążka nadając jej zdecydowanie symfoniczny charakter.
Bardzo przyjemna ta płyta. Jest mocno, jest szybko, jest melodyjnie i nie jest skostniale. Słychać że kolesie lubią to co grają. Nie jest to dla nich kolejny konieczny wobec podpisanego kontraktu album do nagrania w terminie, który wypuścić trzeba bo nie będzie przelewu na podany numer konta. I za to wielki plus!
Gunter Prien
NAVALM "Recovery of Sync"
4 listopada 2013 , Metal Scrap Records

Trochę death/grindu nigdy nie zaszkodzi. Sevastopolski skład napierdala takowy z gorliwością wartą większej sprawy. Nie szczędzą ci oni instrumentów dzierżonych w swych dłoniach i przykładają się do roboty wchodząc na coraz to wyższe obroty.
I może nie było by nad czym się tu za bardzo rozpisywać, bo i pewnie starczyło by napisać „Towarzysze! Napierdalać!” ale nie do końca mamy do czynienia z klasykiem gatunków. Miazga i obijanie werbla jest. Ale coś mi te instrumenty za bardzo momentami jazzują albo może i funkują. To pewnie takie odczucia wynikające z tego non-stop pierdzącego basu. Obsługujący go koleżka niechybnie klanguje. A i realizator podkręcił tę i owa ścieżynkę. Ale i słychać, że muza z różnych szufladek nie jest twórcom tego materiału przesadnie obca.
Kawałki czasowo najczęściej mają tak koło 1,5 minuty, zdarzają się nieco dłuższe ale i nawet trzyminutowe. Wydawało by się zatem, że będzie tornado od początku do końca, że to miłośnicy wczesnego Napalm Death czy Carcass albo pogrobowcy opętańczego Scurvy. Ale nie, bo bywa najróżniej. A co jakiś czas wplatane techniczne jazdy, zwłaszcza basisty albo połamańce wybijane przez perkusistę nieco zbijają z tropu, zwłaszcza że maltretowanie werbla zgodne z tradycją muzyczną jest nieustanne. Rock’n’roll-owe tempa a nawet takowe kompozycje z deathmetalowym ciężarem też czasem nieco dają do myślenia. Choć nie jest to jazda w stylu 6FU. To inna
bajka.
Powiem tak, trudno to jest opisać aby oddać w pełni ducha tej muzy. Ale z głębi jelit i innych zombi-przysmaków polecam. Materiał jest cholernie zróżnicowany, przez co bardzo atrakcyjny. Na pewno nie dla ortodoksów, ci bowiem stwierdzą że jest to odstępstwo od uświęconych tysiącami nagrań reguł i zwykła profanacja. No ale dla mnie płyta jest w sam raz. Nie wyobrażam sobie reakcji pod sceną, bo tylko na jakimś tam festiwalu było by możliwe by na jednej scenie po kolei wystąpiły kapela z nurtu death, punk, grindcore, funky czy r’n’r. A tymczasem te wszystkie elementy mamy zamknięte w 15 odsłonach przypadających na te niecałe 40 minut. Wszystko gładziutko spięte różnotematycznymi samplami oferuje nam zgrabny, debiutancki album, do którego warto co jakiś czas powrócić.
Gunter Prien
CREMASTER "Słynna Praczka i Chór Wujów"
21 marca 2014, Defense Records/ Mythrone Promotion
https://www.facebook.com/Cremaster.Band
Cremaster jak zawsze robi sobie jaja w rytmie bynajmniej nie cza-cza ale jak najbardziej po metalowemu, dopuszczając się wysokiej próby „prześmiewstwa” z wszelakiego rodzaju postaw, nacechowanych w pewnych ekstremalnych przypadkach bufonadą.
Muzycznie, ogólnie rzecz ujmując bez drastycznych zmian, nadal jest to żywiołowa muza bazująca chyba na thrash, może z domieszką death. Ale tylko bazująca bo i z punkowskim czadem potroszę poobcujemy a i nawet z kołysanką [??? „przebudzenie pradawnej bestii” rozpierdala, nie puszczajcie tego swym dzieciom] ale posłuchajcie. Pies to trącał. Jest miło. Na antenie ten materiał co jakiś czas śmiga, więc nim będzie do nabycia możecie się z próbkami zapoznać nim zdecydujecie się nabyć materialny nośnik.
Mamy w tym tyglu mieszankę [oczywiście że jest to mieszanka mająca humorystyczny czy wręcz prześmiewczy wydźwięk] zapożyczeń z wielkich sceny tej i owej. Już nawet zerknięcie na tytuły daje jasny komunikat – będzie szyderstwo, będą jaja! Ha! Tyle że było by zbyt prosto, bo niekoniecznie tytuł nakierowuje na konkretną kapelę. Oj nie, nie. Nazwy pominę, bo są nieistotne. Wsłuchajcie się w teksty, a jeszcze lepiej je poczytajcie [jeśli zostaną zamieszczone w booklecie] bo mimo jajcarstwa zawierają kilka prawd. O ile życiowych poszukajcie sobie sami, to przytoczę jedną „po angielsku wszystko brzmi o całe piekło lepiej, możesz hordę nazwać ‘Gruszki’ i nikt się nie doczepi; Dowolny debilizm przejdzie w języku Szekspira, niech na długie lata metal shizopfrenię umila…” I słuchając ileś tam płyt i czytając teksty, dochodząc sensu nazw kapel, nie sposób mi jest się z tym nie zgodzić. Często są one co najmniej infantylne, ale w języku obcym jakoś tam brzmią. I na tym koniec, dośpiewajcie sobie sami.
Muzycznie to stylistyczny misz-masz metal, co fachowcy określają crossover. A ja fachowcem nie jestem i się nie znam. Kumam tylko tyle, że do zdystansowania się płyta idealna, stworzona na pewno przez ludzi z dystansem, no bo chyba tylko kolesie z dystansem potrafią przebrać się w kostiumy zwierzątek i wpierdolić na to shirt z Blasphemy albo Hellhammer śmigając jeszcze w bardziej podziemnych hordach black czy death. Ja się przy tym luzuję na maxa…

Guntrer Prien
AGIEL "Dark Pantheons" (EP)
5 marca 2014, Deepsend Records

https://www.facebook.com/houseofagiel
Na dziesięć dni przed idami marcowymi ukaże się ten MCD będący szóstym w ogóle materiałem tej nowojorskiej hordy. Genezą chyba sięgają oni Klucza Salomona, choć obiło mi się o uszy że bardziej książkowej serii Miecz Prawdy, ale nie ma to jakoś większego znaczenia. Nazwa niekoniecznie zawsze musi zobowiązywać, choć akurat wkraczając na ścieżkę między innymi black metalu z nazwą trafili jak ulał. Wkraczając, bowiem wyrośli jednak z nurtu brutal death metal i grindcore by nabrawszy obecnie symfonicznego akcentu jak i więcej melodii przejść bardziej w kierunku death/black. A zresztą, kogóż obchodzą definicje jeśli muza jest przednia? Chyba tylko ideowców ślepo i bezkrytycznie łykających wszystko co spełnia jakiś tam parametr nazewniczy który niekoniecznie musi oddawać prawdę. Tylko komu oceniać co jest prawdziwą definicją tego czy innego… Olać to.
Dziewiętnaście minut na pięć odsłon konkretnego metalowego grania. Niby mało, ale zawsze można odtworzyć ten materiał jeszcze raz. A że nie nudzi, wręcz kipi dziką energią i wręcz zwierzęcą pasją, to zachęcam każdego do ponownego odtworzenia. I ponownego, i ponownego... No, oczywiście każdego dysponującego już tym materiałem. Choć w autopilocie można to e.p. od czasu do czasu namierzyć, czasem w audycji, więc problemu większego nie ma.
Co od razu wali po uszach? Konkretne deathmetalowe łupnięcie, złagodzone jednak nieco olbrzymią ilością melodii (bardzo dużo jest tej melodii, co jednak nie odbiera tego ciężaru a dodaje mu po prostu nowego wymiaru) oraz rewelacyjnymi klawiszami jak i (niestety nie żywymi lecz wygenerowanymi z PC) orkiestracjami. Potężnymi klawiszami, nie jakimiś pitu-pitu melodyjkami z power-metalowych przytupajek. I one nadają temu materiałowi charakteru. Są schizofrenicznie niespokojne, wręcz nawet mroczno niepokojące, co w partiach gdzie pojawiają się owe orkiestracje i co bardziej histeryczne wokale (choć głównie wokalista growluje) powoduje że po prostu przechodzą ciary po plecach. Co jakiś czas zwieńczone to zostaje króciutką, urywaną solóweczką, tak nagle ginąca jak i nagle się pojawiającą. Ale każdy kawałek jest utrzymany w szybkich tempach, od razu, co niektóre po może kilkusekundowym outrosie zaczyna się niepokojąca jazda w nieznany świat mroku i zapomnianych mitologii. Skomasowany atak całego dostępnego instrumentarium, nad którym góruje wciąż zdzierający swe gardło wokalista, który ma bardzo dużo do przekazania, bo drze się nieustannie. Materiał ten musiał by niesamowicie wręcz zabrzmieć na żywo. Powątpiewam by jedynie w trzyosobowym składzie Agiel miał możliwość się w pełni zaprezentować, ale od czego mamy muzyków sesyjnych. A gdyby te orkiestracje i chóry odtworzyć przy pomocy ‘żywego’ instrumentarium i ‘żywej’ gromady chórzystów… Jeśli kojarzycie DVD Dimmu Borgir z Wacken gdy przy Kings… kilkadziesiąt tysięcy ludzi dostaje amoku, a przecież tam te elementy szły z dysku, to możecie sobie wyobrazić. Jednym słowem, była by to MOC. A tymczasem możecie z nią obcować dręcząc ten MCD i robić swoją małą rozwałkę w pobliżu własnego odtwarzacza.
Nota maksymalna!
Gunter Prien
SHADE "Dark Aberration"
2013, Self-released

https://www.facebook.com/pages/Shade/448351611843286
Czekając na jakiś sensowny kontrakt płytowy, w pięć lat po powrocie z muzycznego niebytu, rzeszowski Shade nagrał duży materiał o roboczej nazwie Dark Aberration. Rozglądając się tu i ówdzie za owym wydawcą, również tu i ówdzie ten materiał w tej czy innej formie rozprowadził. Wy również co jakiś czas z dźwiękami tymi co nieco możecie mieć wspólnego bo jak nie pogrywa w którejś audycji to co czas jakiś śmiga w autopilocie Radia Heretica. Ja mam całość więc mogę co nieco więcej w tej materii się wyrazić.
Ano, jest to niewątpliwie metal, z rodziny tych melodyjnych, podrasowany całkiem miłymi memu uchu klawiszami. Poruszając się jak najbardziej w stylistyce death, Shade oscyluje między partiami ciężkich riff’s połamanych blastami a melodyjnymi zagrywkami rodem ze szwedzkiej ziemi, podkolorowanymi klawiszami nieodparcie kojarzącymi się przynajmniej mi z fińskimi załogami spod znaku melodic death metal. Przestrzenność muzy uzupełniana jest nierzadko pojawiającymi się popisami solowymi gitarzysty, który musi nadążyć za niemałymi umiejętnościami nie ustępującymi na jotę wyobraźni człowiekowi odpowiedzialnemu za dźwięki wydobywane z jakiegoś parapetu. I jak by niewdzięcznie ten instrument prezentował się na każdym koncercie, bo to ani pomachać takiemu banią ani pohasać po scenie wraz z gitarowymi, tak muzycznie błyszczy on tu dając mi i każdemu odbiorcy jasny sygnał, że bez tego ten materiał ni cholery by nie zrobił takiego wrażenia. I na to zwracam tu największą uwagę i to głównie podkreślam. Rzadko kiedy zdarzają się materiały by ten instrument albo nie brzęczał jako przeszkadzajka w tle albo grając pierwsze skrzypce po prostu mnie nie irytował. Tymczasem tutaj autorom mrocznego zboczenia udało się (bo albo po prostu umieją bo mają talent lub się tego grając od kilku lat nauczyli – nieważne), osiągnąć rzadką w tej muzyce równowagę między klawiszami a resztą instrumentarium. Co ciekawe, choć nie każdemu instrumentaliście jest tu dane zaistnieć w solowym popisie, to każdego z nich tu słychać. A i pojawia się gościnny udział anonimowej (przynajmniej dla mnie) niewiasty, by co nieco ubarwić swym szczebiotem (tak, tak, ładny ma głos) ze dwie krótkie partie tej płyty.
Apogeum czy wręcz wykwit niemałych umiejętności kompozycyjnych zawarty jest w ostatnim, instrumentalnym kawałku. Idealne wyważenie ciężkich, tutaj naprawdę ciężkich (no jak na ten materiał, bo jednak do Encoffination to troszkę daleko, ale to nic) riff’s, delikatnego, ukrytego w tle zawodzenia owej wspomnianej niewiasty i klimatycznych klawiszy.
Muza zdecydowanie w sam raz dla fanów klimatycznego grania. Różni ludzie różne definicje na tę muzę ukują, a ja to pominę, bo i po co to komu. Nie ważne czy to dla kogoś extreme gothic, czy death/doom czy co tam komu jeszcze wyobraźnia podpowie. Podoba mi się a wy możecie co czas jakiś na antenie usłyszeć i ocenić. Potem już tylko wypatrywać w znajomych e-shops
Gunter Prien
OMNIZIDE "Death Metal Holocaust"
31 stycznia 2014, Carnal Records

https://www.facebook.com/omnizide
Szwedzcy rzeźnicy drugim bestialskim uderzeniem skopali dupska wszystkim tym niewiernym którzy położyli już krzyżyk (w dowolnej orientacji) na skandynawskim death metalu. Po winylowym dwuotworowym debiucie (który nawiasem mówiąc został włączony do programu tegoż CD) nadszedł czas na dłuższy nakurw w starym, dobrym stylu. Zero klawiszy, zero chwytliwych melodyjek dla zadurzonych dziewuch, zero puszczania oczka do publiczki nastawionej na coraz popularniejsze melodyjne do granic strawności góvno, którego nie sposób odróżnić w pewnym momencie od dyskotekowego pitu pitu. Tylko i jedynie chamski speed/death metal. Czy może jak kto woli death/black metal. Jak se to kto tam nazwie to bez znaczenia. Jest szybko, ale nie w tempach grindcore’a. Jest ciężko, ale nie w tonażu suicidal-doom. I jeśli nawet chwilowo mamy do czynienia z melodyjniejszym przytupajem, jak w choćby moim faworycie The Eternally Damned, to jest to rozmyślne operowanie tempami, idealny dobór riff’s współgrających z ciężkim przesterem basu i monumentalnymi marszowymi bębnami. Do machania banią pod klubową sceną w sam raz. A i wokalnie pięknie jest, bo znany już jednak na szwedzkiej scenie wokalista, zdziera swym wrzaskiem gardło że aż miło. Nieustannie, przez całą płytę nie zmienia swej barwy, bo właściwie i po jaką cholerę miałby to robić. Początkowy, zawodzący motyw i potem marsz, marsz do wioski… spalonej przez grabiących Vikingów.
A gdyby skupić się jedynie na dodanych dwóch utworach z siedmiocalówki, to od razu polecam wieńczący całość Desecration Art. Wolno, upiornie, nieco melodyjnie, smoła z siarą aż wylewa się z głośników. Klimat jak s-syn. Gorgoroth w najlepszych latach uderzał w podobny ton. Ale tylko podobny. Dosłownie przy tej melodii grzmi piekielny dzwon, to przy jego dźwiękach stanęła w płomieniach Vallhalla a zanoszący się śmiechem Loki spierdolił do… no dobrze, poniosło mnie. Ale przy tej muzie może. Przy tym kawałku nawet i powinno.
Tak, niewątpliwie EP była bardziej blackowym wyziewem. Dopiero komponując kolejny materiał (p)omawiany skład postawił bardziej na death z trashowym rozpierdem, rodem z najlepszych płyt gatunku, niekoniecznie tych klasycznych z lat 80-tych. Ale tych naznaczonych szaleństwem, brudem i chamówą. Żadna ugłaskana Metallica. E-e. Prędzej Witchmaster.
Każdy z muzyków wie doskonale co ma tu robić bo nieomal każdy z nich w składzie ocierając się o mniejsze czy większe nazwy tuzów sceny black metal wyrobił sobie warsztat. No i wobec tego pewne naleciałości blackowej jatki są tu słyszalne, jak choćby w równie miłym memu uchu (i sercu w warstwie tekstowej) Dead Planet, gdzie od wstępu jedziemy rozpędzonym walcem skomasowanych zimnych, wręcz skostniałych riff’s tworzących tak gęstą mgłę, że aż trudno się czemukolwiek przez dźwiękowe tornado przebić. No chyba że opętanemu przez demona perkusiście, no chyba że dopiero co zbiegłemu z szpitalnej izolatki wokaliście…
Ogólnie rzecz ujmując, mamy do czynienia z chamską i nieco brudną death metalową dźwiękową zagładą. Ale przemyślaną kompozycyjnie i nagraną z asystą trzeźwo myślącego dźwiękowca. Z sieką w sam raz dla rozmiłowanych w tym brzmieniu, którego ostatnimi czasy na oficjalnej scenie w Skandynawii jakoś brak. I choć w vikińskich piwnicach swe całkiem niezłe demosy klepie nieskąpa ilość młodych hord black i death to można je dopaść z niemałym trudem, bo jak nie wydane jedynie na taśmie czy siedmiocalowym winylu to i dystrybucja jest dająca dużo do życzenia, bo i firma to wydająca nienajwiększa. A tu, jak miło. Zaprzyjaźniona agencja promocyjna pomogła z dotarciem przez Bałtyk wprost do mnie a przez cieśninę Skagerrak i potem morze Północne do prezentującego te dźwięki na antenie.
Miodnie. Dokładnie tak, jak bym sączył miód z rogu wraz z tą opętaną piątką Vikingów.
Tylko kac rankiem jak s-syn.
Gunter Prien
MORD'A STIGMATA "Ansia"
29 pazdziernika 2013, Pagan Records

https://www.facebook.com/mordastigmata
Po dziewięciu latach wiercenia się po zakamarkach sceny bochnieńska Mord’A’Stigmata zawitała pod strzechy kultowej Pagan. Kultowej, bo ten kto pamięta jeszcze co to takiego taśma magnetofonowa i jak to zamawiał z papierowych katalogów [to takie coś sprzed ery stron wuwuwu, mordobooka i innego e-badziewia] pierwsze demosy późniejszych sław sceny, z wypiekami na twarzy przyjmuje kolejne wydawnictwa tej stajni. Bo nie zdarza im się postawić na słabą muzę. No, i pod koniec 2013 padło na M’A’S.
Od samego początku istnienia formacja oscylowała gdzieś na obrzeżach oficjalnej sceny, zyskując uznanie to tu to ówdzie ale raczej nie akcentując nigdzie zbyt silnie swego istnienia. Tak to bywa przy awangardowej czy jak kto woli post metalowej stylistyce. Przy trzecim oficjalnym i pełnominutażowym materiale udało się nad wyraz. Bo i głośniej się zrobiło w pewnych miejscach a i trasa głośnym echem się odbiła wśród metalowej publiki.
I chyba zasłużenie, bo i materiał zaprezentowany na Ansia mimo że jest zdecydowanie nienajłatwiejszy w odbiorze to też i na wysokim poziomie, co uważny odbiorca spostrzeże nawet jeśli te dźwięki go po prostu zmęczą. Bo i takich będzie z pewnością wielu. Muza jest dość psychodeliczna, może i nawet momentami transowa. Nierównomierna stylistycznie. Przenosząca nas między skomplikowanymi, częstokroć wzajemnie się przenikającymi pejzażami, które można spróbować usystematyzować wywołując wizje przy literaturze tekstów. Ale tym dla których muza to tylko szum w tle mający jakoś przygotować ciało do nadchodzącego snu – zdecydowanie odradzam. Bo o co tak naprawdę w nich chodzi i co opisują – to wie tylko autor tekstów, a znający język angielski i odrobinę łaciny [google translator też pomaga] postarać się odczytać ukryty przekaz też mogą. Mogą również odpłynąć pogrążywszy się w medytacjach, przekraczając wąską granicę między bytem materialnym a metafizyką. Transgresje… A tytułowy [obcojęzyczny] lęk i tak pojawi się znienacka oplatając swymi zimnymi ramionami niczym kaftan bezpieczeństwa doprowadzi na skraj rozpaczy.
Bo i taka to jest muza. Niespokojna. Przepełniona częstokroć zimnym lękiem. Zamknięta w czterech monumentalnych utworach ‘śpiewanych’ i kończącym [na tle wymiaru poprzedników niemalże karłowatym] instrumentarium. Eklektyczna… hmmmm… poniekąd tak. Łącząca wiele ulotnych wizji czy nawet i stanów emocjonalnych. Stanów ducha… od przygnębienia i melancholii w furię… przez oceany uczuć ku totalnemu odcięciu od cielesności. Ku przejściu… ha – dokąd wiodącemu? Od wyobcowania i zmagania się z wewnętrznymi demonami ku ich uwolnieniu na pobitewnym polu.
Nie ma
najmniejszego sensu rozkładanie tej płyty na czynniki pierwsze, bo to by po
prostu znudziło. Trzeba ją chłonąć całościowo. Odbierać. I wizualizować. I albo popłynąć z nurtem w astralną pustkę szukając sensu albo pogrążyć się w literaturze tekstów i pogrążyć się w natłoku pytań… Ja słowo pisane czczę więc wybieram przy kolejnym przesłuchaniu już tę drugą opcję. Jakieś odpowiedzi znajdę. Być może że i prawdziwe. A wy róbcie wedle swego uznania.
Gunter Prien
ARIES VEHEMENS "Decade of Necrosodomy"
1 stycznia 2014, Self-released

https://www.facebook.com/pages/Aries-Vehemens/164239906942263

Po łacinie nazwa chyba by oznaczała rozwścieczonego barana [?], ale nie jestem zbyt mocny z języków martwych, więc głowy nie dam. Internetowy tłumacz rozpoznaje że nazwa pochodzi z języka afrikaans co już kompletnie mnie zbiło z tropu. Muza na szczęście nie. Chłopaki sami określili ją nazwą nekrosodomicznego death metalu a ja się sprzeczać nie będę.
Death metal lubię a zaprezentowany na tym materiale jest taki – jaki w mojej ocenie być winien. A więc, niezależnie od tego czy nazwa poprawnie kojarzyć się powinna z rozsierdzonym rogatym stworzonkiem kopytnym – zaiste mamy do czynienia z dziką napierdalanką bez oglądania się na boki. Dekada Nekrosodomii to hołdujący brutalnemu, soczystemu death metalowi nieomal trójkwadransowy set dwunastu ataków na narząd słuchu. Nie jest to może horda z nurtu mega brutal death [czy już na pewno death-grind] któremu tak namiętnie przewodzą towarzysze z krajów Ameryki Południowej ale nie mało im ulegają. Ulegają to może złe słowo, bo chyba w bezpośrednim starciu na dechach jakiegoś klubu zrobili by wespół równomierną rozwałkę, ale to co ich odróżnia od kolegów z sąsiedniego kontynentu, to jednak ta większa dbałość o szczegóły, tak aby nie wpadać w brud brzmieniowy. Nie to żeby ten syfiasty sound rodem z płyt Blasphemy-podobnych hord był czymś złym, bo im więcej bagna tym lepiej [przynajmniej dla mnie, im więcej wczesnoBeheritowskich płyt tym lepiej]. Ale nie każdy musi grzebać się w tym samym.
Ano, AV postawili na czytelność, co im wyszło tylko na dobre. A przecież za gałami udzielił się niejaki Godek, znany już troszkę tu i ówdzie przy okazji jako muzyk z kilku innych podziemnych hord ale i również jako odpowiedzialny za nagrania [i inne z tym związane elementy] dla kilku black i death załóg. A więc i siłą rzeczy poziom musiał być. I jest. Brzmieniowy i kompozycyjny. Te nie wypadły przypadkiem tytułowemu baranowi spod ogona, co słychać. No, od 2002, po tylu zmianach w składzie postęp musiał być i doprowadzić do stadium z którym obcujemy podczas odsłuchu Nekrosodomii. I to jest w tym też i coś jeszcze, co należało by docenić. Nie obcujemy z kilkunastoma materiałami o których dziś współtwórcy chcieli by zapomnieć a które klepiąc na CD’rach dla kumpli swego czasu opatrując w booklety powielane na okolicznym punkcie kserograficznym szumnie nazywane były płytami [oj, jest takich kapel z falstartem w tym i nie tylko w tym kraju co niemiara]. Po prostu, gdy wszyscy poza Zombie przestali być zainteresowani aby grać pod tym szyldem, nowo przyjęci na pokład po dwuletnim zgraniu się z tymże, dojrzeli wewnętrznie do tego, aby wydać niezależnie ten materiał. I chwała im za to. Bo z jednej strony nie odnajdziemy tutaj niczego odkrywczego. Przy tej ilości chętnych do tworzenia i późniejszego zaistnienia na scenie nie ma na to zbyt wielkich szans. Ale z drugiej strony znajdziemy to, co powinno być na każdym materiale szanującej się hordy, co przekonuje nas by nie wyjebać go ze zniesmaczeniem a wprost przeciwnie, by z ochotą do niego powrócić. Pasja – wiadomo. Bez tego nikt by nie chwycił za instrumenty. Talent – ten się ma albo i nie, potem się go rozwija albo i nie, a jak tak, to czasem mniej, czasem więcej. E-e. Jest poza wspomnianymi elementami tutaj coś jeszcze. Staranność. Poważne podejście do tematu. Starannie wydany materiał z dwupanelowym bookletem i jednostronnym panelem tylnym pudła na krążek. I zawiera on sobie to wszystko to, co kapela uznała że zawierać powinien [niestety nie zawiera tekstów] i opatrzyła to z jednej strony niezbyt obfitą i charakterystyczną dla gatunku grafiką, ale z drugiej strony starannie wykonaną, zawierającą co nieco dla odbiorcy by mógł podumać, o co w tym chodzi. Symbolika, jak wiadomo, wiele ma interpretacji. Tyle w zakresie materialnej prezentacji.
Staranność jest też i wizytówką tej części niematerialnej. Czyli tej najważniejszej. Muzycznej. Nie ma silenia się na coś nieosiągalnego, na coś poza instrumentalnymi możliwościami. Nie ma solosów rodem z twórczości Satrianiego czy Van Halen’a, nie ma słodkich i czystych zaśpiewek. Jest solidne łupanie raz szybciej, raz jeszcze szybciej któremu towarzyszy growlem wyśpiewany przekaz [czasem w dwugłosie z piskliwym kwiczeniem – bentonowski patent ewoluuje od ponad dwóch dekad z powodzeniem i na stałe wszedł w kanony DM]. No i jest to, czego zawsze się czepiam gdy nie ma, tam słychać pracę basisty. Tam słychać prace perkusisty. Jest ładne, soczyste i ciężkie brzmienie. Wprost ociekające. Cóż, szarżujący rogacz tak właśnie by robił – nacierał rozpieprzając po drodze co zawadza. Sukcesywnie bodając rogalami gdzie i kiedy potrzeba.
Już tak kończąc mój przydługi monolog. AV odkryli coś, o czym zapomniały już niektóre tzw. „wielkie nazwy”, że nie ma sensu skupiać się na milionie riffów i kompozycji tysiąca kawałków. AV postawił na doprowadzenie 12 zaproponowanych kawałków do perfekcji kompozycyjnej i brzmieniowej. Jak wieloma godzinami prób i koncertów wypracowali to co osiągnęli – pewnie nawet i oni sami już nie zliczą. I za to szacun i to wielki. Wytrwałą pracą osiągnęli uznanie, na pewno moje. Materiał nie nudzi. Nie słyszę mimo oczywistych skojarzeń z ulubionymi wykonawcami, żadnych powieleń czy zapożyczeń. To jest po prostu Ich Własna Płyta.
Gunter Prien (2014-01-12)
VENGEANCE WITHIN "Deifying The Human Intelect"
Early 2014, Self-released

https://www.facebook.com/VengeanceWithin
I oto mamy kolejną niezależną komandę zza oceanu, która swymi dźwiękami puka tu i ówdzie. Dziś zapukała do mnie. Ze skromnego bookletu wyziera na mnie dwójka kolesi, z których jeden, niejaki Jeff wygląda na co najmniej niezadowolonego. Sonny wydaje się jakoś spokojniejszym. Choć pozory mogą mylić. Mogą, ale nie muszą.
Muza zdaje się odzwierciedlać zarówno stan ducha uzewnętrzniony na fotkach jak i pasję, którą jest nie tyle że muzyka, ale chyba obsługa gitar, na tle których tak wdzięcznie obaj panowie pozują. No, i pierwsze co rzuca się na narząd słuchu podczas obcowania z “Deifying The Human Intellect” to właśnie wyeksponowanie gitary na pierwszy plan. Właśnie ona, czy właściwie one grają tu pierwsze skrzypce. Może to i z drugiej strony jest zarazem wadą materiału, bo nie słyszę za bardzo pracy pozostałego instrumentarium. Nieśmiało wyrażam opinię, że bębny zrobiła maszynka. Basista to chyba jedynie na część etatu dorabia. Cóż, nie ma idealnych rozwiązań.
Ale nic to, bo do pozostałej części nijak nie mogę się przyczepić. Może to i kwestia t-shirtu w którym sfotografował się Jeff, no ale faktycznie można odnaleźć tu inspiracje Panterą. Nie ma jednak tej zadziorności charakteryzującej manierę wokalną Philipa ani też „pogiętych” riff’s Dima, a i sam materiał VW jest nieco wolniejszy, ale nie o to chodzi. Muza zdecydowanie oparta jest na thrashowym, brudnym, choć na pewno nie prymitywnym riffie. To on buduje każdą kompozycję i na nim wspierają się pozostałe dźwięki. Wokalnie raczej wypadkowa między growl a wrzaskliwym rykiem, choć bywają partie z czystymi zaśpiewami. Niemniej jednak mnie czegoś w tym materiale brakuje. Ok., ok. Jest „jebnięcie” i to nawet konkretne. Jak by nie było to bym tego nie tknął. Ale… Chyba są to dopiero początki pozagarażowego grania a kompozycje chronologicznie odzwierciedlają postępy składu. Bo i m dalej, tym lepiej. Już od siódmego „Creative Brutality” zaczyna się wreszcie to co w lżejszej muzie preferuję – melodia, a właściwie operowanie jej zmiennością. Już od może z dwóch kawałków wcześniej pojawiają się soloski, no ale te tutaj wypływają z nikąd i dają możliwość [wreszcie!] wsłuchania się w tło i dostrzeżenia [usłyszenia], że jednak gra perkusja, że pojawił się basista. Zmienne wokalizy idealnie współgrające z motywem przewodnim gitary, skrótem – ten kawałek to po prostu perełka tego wydawnictwa. Perełka otwierająca przed nami to co najlepsze. Bo już do końca [a więc niestety tylko trzy kawałki] leci tylko to co najlepsze, i mimo że momentami przyspieszamy to nadal nie osiągamy jakiś zawrotnych prędkości.
Kończący „Alone I stand” jest zdecydowanie najdojrzalszą kompozycją. Idealnie łączącą motywy hardrockowej ballady [?] i heavy metalowej estetyki z ogólnym pomysłem na brzmienie zespołu. Tutaj panowie postanowili dać popis swych umiejętności a i ewidentnie jest to na dzień dzisiejszy ich szczyt możliwości kompozycyjnych. A przy okazji w pewien sposób zapowiedź przyszłego. Bo jeśli będą rozwijać się w tym kierunku, nauczą się tak płynnie zmieniać nastrój i klimat, przechodzić od jakiegoś [chyba] romantycznego pindolenia do thrashowej połajanki w środku której jest sporo melodii, solosów, różnorakich motywów i zdzierania gardła uprzednio aż [momentami] za bardzo przysładzającego, to kolejnemu materiałowi wróżę sukces. Może nie miliard CD’s i pół miliona winyli w sprzedaży, ale przynajmniej wyrobienie rozpoznawalnej nazwy.
Czyli tak na koniec co? Hmmmm… jak na debiut i to wydany chyba własnym nakładem, jest ok. Ale raczej lepszym rozwiązaniem było by wydawać nie pełniaka ale po prostu EP z wybranymi, najlepszymi kawałkami. Ja bym wybrał ostatnie trzy i pierwsze motywy otwierającego jako intros. Ale to taka moja ocena. Mam nadzieję że nie każdy się z nią zgodzi i po przesłuchaniu sam dojdzie do pewnych wniosków. Jak dla mnie lekki falstart. Ale z dużymi nadziejami na przyszłość.

Gunter Prien
THY WORSHIPER "Czarna Dzika Czerwień"
22 grudnia 2013, Self-realesd/ Independent

https://www.facebook.com/thyworshiper
Trochę trudny jak dla mnie ten materiał, co wynika raczej z tego, że na co dzień paszczak mojego odtwarzacza pochłania CD’s o raczej innej zawartości artystycznej. Ale to nic, bo i to przełknął i nie nabawił się żadnych niestrawności.
Sam nie wiem jak tę muzę zaszufladkować. Z jednej strony portal poświęcony zagadnieniu klasyfikuje ją jako wypadkową death, black i folk metalu. Z drugiej ja najwięcej słyszę folku a najmniej blacku. No może tzw. 'post’ jest, choć głowy bym nie dał. Metal to niewątpliwie jest, ale nie wiem czy do death aspiruje. Ale nie za bardzo wnikam już w te szuflady, bo już od chwili wkroczenia na scenę SYL zacząłem się gubić w domysłach co oznacza definicja i do jakiej dopasować konkretną kapelę. A wszystkie kolejne kapele łączące wiele w jedno tylko to zagubienie spotęgowało. Zresztą, pozostawiam to specjalistom od marketingu, którzy muszą jakoś tę muzę skierować do określonej w swych gustach muzycznych grupy. Ja mam o tyle dobrze, że albo muza mi podoba się albo nie i na tym kończę.
I wobec tego mogę napisać to, co mi się po głowie lęgnie gdy słucham. I ja tu słyszę metal ale z dużą inspiracją szamanizmem. Muza może i nie wykluta na dalekiej północy wśród skutych szronem wyjałowionych z jakiejkolwiek formy życia lodowych stepów Syberii, ale mimo to przesiąknięta na wskroś grzybowymi wywarami i oparami z kadzideł roślinnych suszów, co wybranym pozwalają przekraczać niewidzialne bramy. I to przy tych dźwiękach, tak obficie wplecionych w muzyczny wydawało by się mezalians, duchy pradawnych bytów łączą się w odmiennych stanach świadomości szamana z jego cielesnością by poprzez dryfującą w przestrzeni (nad)świadomość wkroczyć w nasz spowity smogiem wymiar. Spowity kokonem plastiku bezkształt kruszejącego z każdym rokiem pomnika upadającej cywilizacji betonu…
….a muzycznie to popis. Głównie wokalny. Pisarski też. Autor tekstów operuje językiem przenośni, maluje swe wizje barwnymi farbami niedopowiedzeń, gry słów i ogólnych zaczerpnięć z kultur [niestety] zapomnianych. Ale jest to też i popis instrumentalny. Każdy tu ma swoje pięć minut aby zaistnieć, aby wybrzmiała jego partia. Oczywiście, że nie wszyscy na jeden raz. To nie muza nurtu jazz. Choć z drugiej strony, jakby tak nieco zastanowić się nad aranżami, można by takie elementy przypisać. Albo może lepiej nie, bo nie każdy, a już na sto procent ortodoksi, nie tkną tego
materiału. A przecież zamiar jest zgoła przeciwny.
Wspomniałem o szamanizmie. Skąd to skojarzenie, jeśli odniesiemy się jedynie do tego elementu krążka, który tak nieudolnie próbuję wam przedstawić za pomocą słowa pisanego. Elementu, który stanowiąc główną i najważniejszą, choć w dzisiejszych czasach zdecydowanie nie jedyną część produktu [wspomnijcie jak wyglądały 30 lat temu wydawane płyty na winylu i odnieście to do tego wszystkiego co towarzyszy zakupowi płyty w dzisiejszych czasach, niezależnie od tego czy jest to nośnik: MC, CD, winyl, cyfrówka] jest złożony z tak wielu kolejnych. No, zapewne z doboru instrumentarium. Muza wiadomo, że oparta jest głównie na gitarze, ale nie jedynie jak się okazuje. Co wyróżnia tę płytę spośród innych, to praca sekcji rytmicznej. Bas jest tu wiodący, ale wespół z bongosami [czy jak się tam zwą te bębenki ze skóry kozła \m/] co nadaje niesamowity, ale jakże inny klimat. Oczywiście perkusję jak najbardziej tu usłyszymy, ale jej udział jest zdecydowanie zepchnięty na bok. Na tle tego niebanalne teksty, czego należy pozazdrościć i szczególnie wyróżnić. Polskojęzyczne teksty są kierowane do wymagającej publiki, choćby i z tego powodu, że każde debilstwo w języku Szekspira [o dziwo] potrafi zabrzmieć, tyle że po wczytaniu się w sens słowa umieszczonego w booklecie [teraz już wiecie czemóż to tak często tekstów, ponoć ‘zbyt osobistych’ w książeczkach brak] można doznać zejścia. Ze śmiechu rzecz oczywista. Co dalej, no – ja usłyszałem drumlę. Nie pojawia się ona zbyt często, ale gdy już – ma ona swe kluczowe miejsce na tle tych dźwięków. Sporo melodyjnych płynnych gitarowych solosów. Momentami nie sposób uciec od skojarzeń z MDB z okresu najmelodyjniejszych wydawnictw.
Wokalizy z kolei są po prostu majstersztykiem. Polskojęzyczne, co podkreślę ponownie.
Wszechświat poczęty został w chaosie wielkiego wybuchu z połączenia pierwiastka żeńskiego i męskiego, z wyważonej kosmicznej równowagi między łagodnością a bezwzględną siłą brutalności. Ta równowaga już od pierwszych taktów jest słuchaczowi wręcz podana na tacy [czyli na tacce odtwarzacza co pochłania CD]. Idealne zderzenie miękkich, zawodzących śpiewów Anny z szorstkim i twardym [no ok., są brutalniejsze w metalowym świecie, toć to nie Sylvain Houde, ale i tak daje radę…] growlingiem Marcina, którzy wespół przekazują nam wersety metalowej poezji [co dość dla mnie istotne, teksty są wyrażane w sposób wyraźny, dający możliwość ich bezpośredniego odbioru przy swobodnym słuchaniu] stworzonej przez bardzo sprawnego w swym fachu barda.
Muza adekwatnie balansuje zatem między łagodnymi dźwiękami a brutalniejszym uderzeniem gitar, swobodne melodie stanowiące podkład dla rytualnego tańca w świetle luny wokoło wiecznie podtrzymywanego Świętego Ognia przechodzą w [nie, nie – nie będzie grindcoreowej kakofonii, he he] towarzyszące jego zesłaniu na ziemski padół w gniewnym uniesieniu Gromowładnego muzyczne opętanie. Wyważone to jednak opętanie. Dalekie od nieprzewidywalnego i chaotycznego zatracenia w narkotycznym transie. Bliższe stopniowemu schodzeniu w otchłanie medytacyjnej transcendencji. Transgresje… Ok., ok. było barwnie i niech tak pozostanie. Zapoznajcie się z tymi dźwiękami i sami odpłyńcie w nieznane. Potem ponownie‘play’ i raz jeszcze…
Gunter Prien
ALGHAZANATH "The Three-Faced Pilgrim"
13 grudnia 2013, Inverse Records/ Woodcut Records

http://www.alghazanth.com/
Kolejne uderzenie z północnych stron od walecznych potomków weteranów Wojny Zimowej to nieco melodyjniejsze granie. Nie jest to kolejne wydawnictwo Children of Bodom. Nie, bo jest ciężej i mocniej. Troszeczkę. No ale nie jest to też i kolejny zgniły wyziew Sargeist czy Behexen. Nie. Choć jest to właśnie to, z czego Finlandia słynie. No, nie mam na myśli wódki bo polska słynniejsza. Czyli melodyjny black metal. Chyba nawet można i sięgnąć po termin – symfoniczny. No, jak ktoś nie wstydzi się przyznać, że lubi Dimmu Borgir, to w sam raz dla niego. Choć okładka na pierwszy rzut oka dała mi skojarzenia z MDB z okresu drugiej płyty. No ale jak to mówią, nie sądźcie płyty po okładce.
W tych sześciu raczej rozwlekłych kawałkach, bo jednak oscylujących między 6 a 10 minut, jest sporo melodyjnego gitarowego grania i niemała ilość dość zgrabnie wplecionych w to klawiszy. I to w ten ulubiony przeze mnie sposób – nie jakieś smętne melodyjki ale raczej odgrywające swe partie w tle. O, właśnie. Są one jak najbardziej mistrzami drugiego planu. Patent stary, ale jak dla mnie jak najbardziej sprawdzony i dający właściwy efekt.
A tak poza tym? Wiadomo, zimne, melodyjne riff’s. Może bez prędkości a’la struś Pędziwiatr [a szkoda] ale jak trzeba to i jest szybciej. Ale i nie brakuje tych bardziej ‘klimatycznych’ partii, gdzieś pojawi się gitara klasyczna, wtedy też i klawisze wchodzą na pierwszy plan a i wokal można przepuścić przez jakiś syntezator mowy… no, patentów jest sporo. I te ‘patenty’ właśnie decydują o klimacie tej płyty. Klimacie może momentami melancholijnym, czasem może nieco trącącym patosem. No, ale na dalekiej północy tak się przecież często gra. Więc zarzutu z tego zrobić nie sposób. Jest sporo przejść od zwolnień do przyspieszeń, od prędkości do średnich temp. No ale jeśli utwory mają takie długości, raczej nie wyobrażam sobie jednostajności. Wiało by wtedy jednak nudą. Śmignie czasem tu i ówdzie jakaś solóweczka. Wokalista raczej nieustannie skrzeczy. Dość wyraźnie [na co zawsze zwracam uwagę] pracuje bas.
Zatem skrótem – dobra płyta dla określonego w swych gustach odbiorcy. Bez rewolucji, ale tego nie szukamy. Rzetelnie, konkretnie i z pomysłem na swoją stylistykę, która ma jednak wielu przedstawicieli. Ale czy to źle? Przynajmniej jest w czym wybierać.
Gunter Prien
ADHUK "Rituals of Personal Universe"
20 listopada 2013, Black Plague Records
http://www.metal-archives.com/bands/Adhuk/3540373425
Norweskie płyty początku lat dziewięćdziesiątych od nieomal dwóch dekad są niegasnącym źródłem inspiracji dla rzeszy mniej czy bardziej doświadczonych w bojach hord. I choćby się każdy nie wiem jak starał, jeśli nawiązuje do klasycznego, tętniącego złem i szronem rodem ze skandynawskich czeluści - brzmienia czarciej polewki, najczęściej do wielu kamieni milowych gatunku musi nawiązać tym czy innym motywem. Ale nie każdemu udaje się nadać temu własnej tożsamości wplatając w to inteligentnie coś więcej, bez popadania zarazem w bezsensowny w niejednym przypadku eklektyzm, graniczący a i częstokroć po prostu stający się absurdem.
Ale są i tacy, którzy sprostali wyzwaniu. Potrafili stworzyć dźwięki nadążające za duchem obecnej epoki, nadal jednak nawiązujące do chlubnego początku [a może rozkwitu] drugiej fali BM i to bez zaśmiecania płyty syfami komputerem wytworzonymi a używając ich jedynie w rozsądnej dawce dla uzyskania klimatu. Tego bardziej soczystego, ale nadal opartego na niespokojnym gitarowym riffie wypływającym z głośników niczym drakkar na skute lodem przestrzenie…
Ano, Rytuały Osobistego [Wewnętrznego] Wszechświata sa właśnie taką płytą w sam raz na 2013 cykl słoneczny i mimo wszystko zakorzenioną w 1994. W wielu momentach słyszę niemalże bezpośrednie nawiązania do wielu Mistrzów gatunku [nazwy sobie darujmy], ale gdy już sobie uświadamiam nazwę tej czy innej ikony, od razu dźwięki zaczynają nabierać własnego charakteru umykając porównaniom. A bo i płyta swój charakter ma i chamskiemu trendowi kopiowania wszystkiego co sprawdzone nie ulega, pozostawiając to innym, co tak ochoczo kaleczą uszy n-tą wersją coveru niczym nie różniącego się od pierwowzoru.
Osiem utworów w zaledwie 28 minut. Rozpoczyna się instrumentalnym utworem o wszystko mówiącej nazwie ‘intro’, który wcale nie jest typowym dla płyt owego nurtu zazwyczaj nieudanym ambientem ale gitarowym preludium. Co ciekawe, początek wybity na bębnach nieodparcie kojarzy się z Silvester Anfang, ale to tylko dosłownie sekundy, by wkroczyć w typową dla gatunku sieczkę z charakterystycznym riffem przewodnim. Ale nim kawałek się rozpędzi na dobre, zostaje po prostu brutalnie sciszony. Ciekawy to zabieg bo przy pierwszym przesłuchaniu nie wiedziałem o co chodzi. No a potem jedziemy już na całego, oczywiście że w klasycznym brzmieniu i w klasycznym tempie. A i nazwa [łacińska] zobowiązuje. Zresztą, ten przez wielu z nas ulubiony zimny riff nieodłącznie skojarzony może być jedynie ze Szronem. A unosi się nad tym ten dodający mrocznego uroku brzdąkający swe linie bas. Patent już od dwóch dekad inspirujący każdego fana Szronem Skutego Światła Luny autorstwa Mistrzów z Oslo [wiecie kogo i to doskonale]… Następnie wkraczamy w kolejny utwór instrumentalny, nawiązujący poniekąd do samej grafiki. To co się dzieje w owym
[a właściwiej powinno brzmieć „poza”] Horyzoncie Zdarzeń to idealne operowanie melodią. Melodią odegraną każdym instrumentem. Odegraną, ale niezaplanowaną. To najpewniej jeden ze swobodnie powstałych podczas improwizacji kawałków, który by idealnie wpasować się w koncept, musi przy swym końcu nabrać typowego rozmachu …i nagle się skończyć. Choć płynnie dzięki temu Wkraczamy z Cieniem Śmierci we Wrota Nadczłowieczeństwa… Tytuły utworów chyba nie są przypadkowe i tworzą spójny koncept opowieści o podróży po orbitach nieznanego przez wrota Chaosu. Cóż, promos tekstów nie zawiera, a muza na tyle mnie już przekonała, że materialny nośnik z książeczką je zawierającą w łapy wpaść niebawem powinien, wtedy się przekonam. Nie przypuszczam jednak by tak ambitnej muzyce towarzyszyły jakieś banalne teksty. Zwłaszcza, że gdy swym niepokojącym, upiornym wręcz nastrojem zaczyna zawodzić chór demonów zza owych uchylonych Wrót Nadczłowieczeństwa a szczelinami w czasoprzestrzeni dociera jęk Wszechświata zrodzonego w wybuchu u zarania wszechrzeczy. Coraz bardziej cierpiącego w Kajdanach Ciemnej Materii. Cierpiącego bo Rozszerzanego Wiedzą Pogańskiej Rzeczywistości…
No i fajnie. Dobra to muza. Jak dla mnie idealna. Więcej nie bardzo potrzebuję. Takie płyty jak dla mnie to mogły by być cały czas nagrywane i wydawane. Czas zdecydowanie zatrzymał się dwadzieścia lat temu i jedynie sporadycznie, gdy czasoprzestrzeń ulega zakrzywieniu a mostami Einsteina-Rosena przeszłe miesza się z obecnym, do otaczającego mnie półmroku wsączają się kolejne dźwięki. A tymczasem nawet nie muszę tych rozdarć w kosmicznej materii szukać. Wystarcza wcisnąć ‘play’ i znowu czuję się jak w dziewięćdziesiątym którymś tam, gdy po raz pierwszy do paszczy mego odtwarzacza dotarły pierwsze komandy z Norge. No i jak widać zaraza rozpleniła się na dobre, bo nie tylko tam grają tak jak lubię…
Gunter Prien
NEKKROFUKK „Satan, Urine, Blood, Sperm”
1 listopada 2013, Masterful Records

http://www.metal-archives.com/bands/Nekkrofukk/3540354734
Nareszcie!!! Drugie mini Martwojeba bluzgnęło tym co naj(lepsze)gorsze w pysk wszechświata, szerząc muzyczną zagładę. A właściwie zgniliznę, bo zgodnie z nazwą mamy do czynienia z już totalną martwicą, w której beztlenowce śmigają dopuszczając się aktu prokreacji. Nieźle namieszał w tym kotle Lord K. by cztery tytułowe składniki pospołu dały tak miażdżący efekt, zadowalający każdego rozmiłowanego w posępnych melodiach deprawacji. :)
Kontynuując ścieżkę [totalnie ogołoconą z jakiejkolwiek zieleniny, bowiem zżartej przez puszczającego do nas oko przez wizjer maski p-gas koziołka z okładki, tak ochoczo bodającego swym porożem nieboskłon] weteranów black doom metalowej ohydy, szerzonej lat temu już będzie że z kilkadziesiąt [nazw poszukajcie sobie choćby i w promo flyersie śmigającym gdzieś na tej stronie w zakładce news] wkroczył niczym piekielny walec bezdroży do paszczy odtwarzacza. To zdecydowanie muza dla elit, bowiem nie przypuszczam by było zbyt wielu co sięgnie po to wydawnictwo, tako jak i po debiutanckie. Ale walić to. Mnie i tym pozostałym 99 którzy pozyskają swój egzemplarz, te 23 minuty dostarczają tego co w diabelskim metalu jest najlepsze. Tu nie ma umizgów dla mas, lubujących się w papce oferowanej przez kolorowe periodyki czy internetowe fora (czytaj góvna) zajmujące się tematami niewiele mającymi wspólnego z muzyką. Jest ciężar riff’s swym echem odbijających się od sypiących się krawędzi jamy w której przyjdzie nam ostatecznie złożyć swe truchło gdy przyjdzie już nasz czas by zdechnąć. Jest pierdzenie basiska, które pospołu z bębnami [oczywiście, że nagrane na klasycznym zestawie; tu nie ma tu zabaw z podwójnymi stopami a’la Sandoval ani napierdalania w werbel w tempie nieosiągalnym dla żywego pałkera ale dla pudełka na 220V jak najbardziej] odmierzają każdy kolejny kamyk klątw miotany z grobowej czeluści. No i jest podmiot liryczny, a jakże, pewnie że opętaniec. Dźwiękami wypędzanego podczas egzorcyzmu demona ‘odśpiewywuje’ swe hymny pochwalne. A właściwie wyrzyguje, choć wylewa się to z gardła bardzo powoli. Pochwalne temu [komu? Jemu!] z czym metal miał od poczęcia swego najwięcej wspólnego.
Kto ma uszy, niechaj słucha…
Gunter Prien
MORT DOUCE "The Valley of Blood and Death"
1 listopada 2013, Wydawnictwo Muzyczne PSYCHO

http://www.metal-archives.com/bands/Mort_Douce/3540359196
Schlebiając chyba starym czasom, tym ze schyłku lat 80-tych, płocki Mort Douce swój pierwszy, wydany oficjalnie na srebrnym krążku materiał, opiewający na zaledwie niepełne 22 minuty, postanowił potraktować jako LP. a nie jako EP. Niech i tak będzie, nie czepiajmy się, bowiem intensywność dźwięków dostarcza doznań których czasem brak na materiałach po dwakroć i wiele dłuższych.
Można by powołując się na nazwy największych z lat 90-tych stworzyć teraz katalog inspiracji, ale to zbędne. Młodszym nazwy te nie powiedzą nic, starszych zniechęcą, bo stwierdzą że nie mają miejsca w swej kolekcji płyt na naśladowców.
No ale z naśladowcami nie mamy tak do końca do czynienia. Na pewno ze wspólnymi inspiracjami, a podobno dobrych wzorców nie należy się wstydzić. No, ja przynajmniej wstydzić się nie zamierzam. A pełnej oryginalności i odkrywczości formy w metalu to raczej trudno się doszukiwać. Chyba nawet w samym rock’n’roll bo po Little Richardzie i Elvisie tak naprawdę, każdy kolejny artysta rozwijał styl dodając coś od siebie, czasem czerpiąc z przeszłości.
A zatem, z czym mamy tu do czynienia? Ano, z szorstkim i prostolinijnym death metalem. Takim jaki rodził się w piwnicach i garażach Wielkiej Brytanii. Bez nadmiaru popisów instrumentalnych, z dominującą rolą „brudnego” wokalu. Hmmmm… może właściwiej - „przepalonego” wokalu wieloletniego palacza Extra Mocnych, który krótkimi lecz dosadnymi zdaniami w równomiernym tempie przekazuje w słowotoku swoje przemyślenia, wcześniej rzecz jasna spisanymi. Nawet mimo braku bookletu przed oczyma, nierzadko można zrozumieć (przy znajomości języka Szekspira) o czym gardłowy najchętniej dyskutuje przy ósmym browarze.
Nie znajdziemy tu blastów rodem z grindcoreowych wyziewów, ale równomiernie okładaną perkusję, częstokroć z prędkością karabinu maszynowego. No niekoniecznie działka w systemie Gatling. To jednak nie te prędkości. Ale w głównej mierze materiał bazuje na średnich tempach, nawet ze zwolnieniami, aczkolwiek nie wpadającymi jeszcze w stylistykę doom. Ale to i dobrze, bo nie współgrało by to z riff’s stawiającymi w głównej mierze na ciężar dźwięku. I bazując właśnie na średnich tempach, gdy nawet i pojawi się popis gitarowych umiejętności, to dzięki temu, w selektywnym napływie tych wściekłych nut z głośników, najwięcej można doświadczyć smaku tego starego, tchnącego nieco piwniczną stęchlizną lat 90-tych brudu.
I co wiodące – to naprawdę słychać tu prace każdego z członków zespołu. Realizator nie silił się i nie pocił (co często słychać przy przekombinowanych nagraniach, gdzie można się pogubić w domysłach, czy gitarzyści mają po 15 palców czy po prostu ktoś przeszarżował i ponakładał na siebie zbyt dużą ilość ścieżek), ale w naturalny sposób uchwycił to co najistotniejsze. Nie doprowadził do kakofonii, do zlewu w jeden wielki i nieczytelny jazgot. I nie to, żebym miał coś przeciwko takim nagraniom, bo powstało wiele materiałów właśnie na takim patencie bazujących, zwłaszcza w epoce death metalu do której wprost i MD się odwołuje. Ale jednak mamy schyłek roku 2013, i nieselektywny dźwięk po prostu by każdą tak nagraną płytę skazał na zapomnienie. A tutaj słychać każdy smaczek, okładanie werbli, czy talerzy, pracę stóp, w niektórych momentach naprawdę rewelacyjnie wyeksponowanych (każdy wzoruje się na Pete „Commando” – co nie?), szarżę gitarzysty współgrającego z basistą. A gdy nadchodzi czas dla podmiotu lirycznego, ani jego wokal nie ginie pod dźwiękami, ani on sam nie zniekształca odbioru wysiłku reszty składu.
Reasumując – wielkie brawa dla realizatora. Aczkolwiek, nie mam złudzeń – materiał nie został nagrany starą metodą rodem jeszcze z analogowej ery utrwalania dźwięku w studio, gdzie każda ścieżka instrumentu do utworu była nagrywana od początku do końca. Bo któż tak jeszcze nagrywa? Ale mimo wszystko, gdy zapodacie sobie ten CD, to poczujecie powiew starego. Ale tylko powiew. Ktoś zrobił remont generalny w tej piwnicy...
Gunter Prien
MAGENTA HARVEST "Volatile Waters"
10 stycznia 2014, Inverse Records

https://www.facebook.com/MagentaHarvest
Niedaleko jest jak słychać, z Helsinek do Göteborga, ale tylko muzycznie, bo drogą lądową najkrócej z 940km, z czego część jednak drogą wodną [lub lotnicza jak kto woli]. Melodyjny death-metal lat temu kilka zawojował Europę, zalęgł się i na innych
kontynentach. Zwłaszcza Szwecja swego czasu dominowała w tych dźwiękach, ale po kilku latach również i sąsiedzka Finlandia zaczęła coraz lepiej radzić sobie na metalowym ryku. I choć dziś to wszystko nie ma najmniejszego znaczenia, bo dzięki internetowym łączom muzykę mogą współtworzyć ludzi mieszkający na różnych kontynentach nie widząc się nigdy na żywo, to jednak ta gromada pięciu potomków wojowników czasu „talvisota” zdecydowanie pochodzi z regionu Finlandii. No i tworzy sobie muzę. Raczej ‘wzniosłą’ jeśli takie słowo ma tu sens ale mnie jak najbardziej pasuje.
Niesamowicie sprawnie operując melodią, w pewnych partiach popadając wręcz w przesłodzenie [nie, to jeszcze nie H.I.M. który wbrew pozorom bardzo lubię], podrasowane dyskretnie wplecionymi elektronicznymi efektami, co jakiś czas klawiszowymi wtrętami. I taka prosta mieszanka doprowadziła do niesamowitego efektu, który jak się wszystko uda, to jakoś w styczniu zostanie wydane na krążku. Wiadomo, że nie uda się uciec od porównań do choćby In Flames czy Dark Tranquillity ale to nie ma jakiegoś większego znaczenia. Po przesłuchaniu tysięcy płyt zawsze coś się musi z czymś kojarzyć.
Rewelacyjnie prezentujący się scenicznie wokalista (bo tak nawiasem mówiąc, podobnie jak i nieomal wszyscy pozostali członkowie składu, znany jest też i z innych formacji) równomiernie zdziera gardło suchym
growlingiem wypluwając z siebie kolejne wersy przekazu. Sprawnie operujący gitarzyści [i ci od 6-ciu i ten od 4 strun], z których jeden mając niemałe doświadczenie na poletku awangardowego BM wie jak stworzyć interesującą melodię, ale też i wie kiedy trzeba po prostu przypieprzyć i zaoferować słuchaczowi porcję porządnej sieki. No, spotykając się w jednym składzie już wcześniej z perkusistą, który i na polu death-metalu również się co nieco odznaczył, wiedzą co robić, by z najlepszych osiągnięć swych pozostałych projektów ale i z płyt swych wielkich poprzedników sceny wybrać to co najlepsze. Zresztą, i sam basista co nieco i w black i w death metalowych hordach światu ofiarował, więc mimo że to oficjalny debiut płytowy, nie dziwi wysoki poziom. A jest on jak słychać wypadkową wielu różnych spojrzeń na metal.
Główną ideą płyty jest balansowanie między melodią a death-metalowym ciężarem, choć bardziej w klasycznym brzmieniu. Klasycznym, znaczy się, że nie ultra brutal death, w którym tak chwalebnie na światowej scenie przodują Meksykanie czy komandy a Ameryki Południowej. Bo nie jest to muza tkwiąca w latach 80/90. Jest nowoczesne brzmienie, co jest słyszalne w większości partii sekcji rytmicznej. I po raz kolejny powtórzę się, ale jest to prawda stara jak muzyka bluesowa – kiedy sprawnie zadziała sekcja rytmiczna, pozostali muzycy mają wolne pole do popisu. I takie balansowanie na zasadzie: szybko i ciężko, momentami na granicy grand [ale tylko momentami], a potem melodyjnie, czasem z klimatem zmajstrowanym na jakiś ukrytych gdzieś w zakamarkach studia klawiszach [albo w pudełku na 220V], tak wszyscy znamy z płyt sąsiedzkiej bo szwedzkiej legendy Hypocrisy.
Płyta ogólnie zajebista, nawet groźnie zerkający z okładki koleżka w niebieskim i z porożem muflona nie odstrasza a nawet niektórych mi pokrewnych zachęca. A że w tle majaczy czarna dziura tak przekonywująco zachęcając do wkroczenia poza horyzont zdarzeń, ku nieznanemu i nieprzewidywalnemu, to jak tu nie klepnąć po raz wtóry play?
Gunter Prien
HAEMORRHAGE "Live Carnage: Feasting on Maryland"
24 grudnia 2013, HPGD Production

https://www.facebook.com/HaemorrhageGore
Español gore-grind ole! Cabrones.... napierdalać!!!!
I na tym mógłbym zakończyć, he, he, he. Ale chyba jednak dla niewtajemniczonych co nie mieli zbyt wiele do czynienia z uroczym grindem spod znaku sekcyjnego stołu, nalezy się kilka słów więcej. Krwotok to przemiła komanda z dwóch chiszpańskich miejscówek odległych od naszego kraju-raju jakies dwa i pół dnia drogi słoniem [Vive en Madrid, es día cerca de dos y media de distancia de elefante a Gorzow Wielkopolski.]. Takich przynajmniej wyrażeń nasi bohaterowie uczyli się od chłopaków z Dead Infection lat temu ileś tam, podczas pierwszego spotkania na Obscene Extreme. 
I jak z zawartością owej koncertowej płytki? Ano bardzo dobrze. To zaledwie niepełne pół godziny zapisu jazdy jaką chłopaki i śliczna Ana zapodali podczas Deathfest w maju 2012. Tytułów kawałków nie przytaczam, bo nie ma potrzeby, wiadomo – był to wybrany przekrój z całego [no prawie] dorobku artystycznego, na który składa się sporo wydawnictw, jeśli poza długograjami uwzględnimy splity, epki, single i inne pierdoły. Jak to zwykle bywa, była to promocja głównie ostatniego studyjnego dzieła tych pięciu opętanych sickos, ociekającego wszystkim tym co najlepsze wypływa z nas podczas ostatniego spotkania z lekarzem ostatniego kontaktu, gdy wobec niewyjaśnionego, przedwczesnego zgonu wymagane jest sprawdzenie stanu naszych organów wewnętrznych. Bo wszystko z czym związane jest Haemorrhage wyrażone jest w sztandarowym songu, rzec można by, że w manifest songu – I’m Pathologist!którym zawsze wieńczą oni swe party. Może i od czasu zaistnienia na scenie Carcass nie jest to jakieś odkrywcze, ale w dupie to mam, bo muza i towarzysząca jej zabawa jest najważniejsza. I choć na poletku grindu nie mam największych osiągnięć, to Hiszpanów uwielbiam i każde ich nagrania przyjmuję z radością na pysku. No i nie inaczej jest w przypadku Live Carnage, bo jest krótko [niestety], szybko [no może nie najszybciej na świecie] i na temat. Jedenaście szbkich kopnięc na pysk w bardzo dobrej jakości koncertowej przedstawiających to co najlepsze w rock and rollu – żywiołową zabawę podczas grania swych własnych wykwitów mrocznej (nie)świadomości. Mnie więcej nie porzeba bo mogę ten materiał odtwarzac sobie po kilka razy pod rząd.
Español gore-grind ole! Yo soy un patólogo y me gusta cortar cadáveres.

Gunter Prien
INTERIOR OF DEATH "Human Infestation"
https://www.facebook.com/InteriorOfDeath
Fajnie, że w zalewie klonów wszystkich tych co wybili się ponad przeciętność, bądź to tworząc coś nowego albo po prostu umiejętnie łącząc w nowe kombinacje to co sprawdzone, jeszcze komuś się chce grać klasycznie. Jakkolwiek dziwnie to może zabrzmieć w przypadku death metalu. Ale nieistotne.
IoD prezentuje właśnie klasyczną odmianę DM. Średnie tempa, klasyczny growl, sekcja robi swoje, solos, średnio ciężkie (jak na dzisiejsze możliwości instrumentu) brzmienie gitary. Wielkie brawa za wytrwałość w robieniu tego, co przy okazji chyba się lubi słuchać najbardziej. Zwłaszcza, że jeśli wierzyć info w promosie, od samego początku, każde wydawnictwo zespół wydał własnymi siłami. Żywy dowód, że jak się chce, to można. Wiele składów zakończyło działalność nie pozostawiając po sobie nawet reha, bo nie było kontraktu na nośnik. Tyle, że ostatnimi laty
firma do wydania nośnika nie jest niezbędna. No i dobrze.  Z jaką zawartością mamy do czynienia? Ano, klasyczny chyba DM, nawet może nie thrash-death, bo demonami prędkości to IoD nie są. Choć ten mix chyba lubią, bo cover Sepultury jest. Zagrany może nie odkrywczo, ale – co dość istotne – z charakterystycznym dla tego albumu brzmieniem. Perkusista nie sili się na ‘wygibasy’ a’la Igor C. bo wiadomo, że kolo jest co najmniej niezły w tym co robi od iluś tam lat (a że z tego żyje, to warsztat ma niebagatelny). Całość robi wrażenia dość ‘suchego’. I właśnie – to chyba jest dla tego materiału charakterystyczne – takie suche brzmienie. Bez jakiś dogrywań, wplecionych przeszkadzajek. Kto jeszcze pamięta albumy ze schyłku lat 80 i początku 90, to zrozumie jeszcze bez odsłuchu o co mi chodzi. I chyba taki był zamiar. Nagrać klasyczny materiał, w klasycznym składzie: vokal, gitara, bas, perkusja. Nie uświadczycie tu młócenia na dwie stopy i szaleńczego oklepywania werbli. Żadnych gwiżdżących solos sprawiających wrażenie że albo sponsor od strun przesłał ich całe pudło więc ktoś się pastwi nad swym instrumentem, albo w studio po prostu ścieżki ktoś odtworzył od tyłu, he he.
Ale to jest dla mnie główny atut tej płyty. Tchnie epoką, która minęła. Epoką, w której rodziła się ta muza, gdy thrashowe giganty były źródłem natchnienia dla raczkujących, potem dopiero zaistniałych w uznaniu szerszego gremium hord nurtu DM. I to właśnie tu słychać – rodzący się gatunek. Tak jak to było te kilkadziesiąt lat temu. Całkiem miła płyta ‘retro’.
Gunter Prien
PRELUDIUM "Redemption"
28 pazdziernika 2013, from Mythrone Promotion

https://www.facebook.com/preludiumband
To już czwarty duży materiał tej mieleckiej formacji i czas to już zdecydowanie najwyższy, by wypłynąć na dalsze (niekoniecznie głębsze) wody. Machina wojenna uruchamiana z każdym odtworzeniem Odkupienia daje odczuć, że chłopaki nieco są wnerwieni na otaczającą ich i nie tylko ich rzeczywistość. Generują zatem dźwiękową agresję, aczkolwiek w dość kontrolowany sposób. Spodziewajmy się zatem porządnego death metalowego natarcia na narząd słuchu. Głównie death metalowego, aczkolwiek jak by tak się skupić i pomarudzić, znajdzie się też nieco elementów innych odmian muzycznej ekstremy. Ale walić marudzenie, bo zwyczajowo nie ma na to czasu ani miejsca [ani ochoty].
Dziesięć porządnych kopów w paszczaka na dystansie czterdziestu minut, to idealna porcja muzycznego… no, pewnie spodziewaliście się słowa „szaleństwa”. Ale nie. Tak, to dobrze naoliwiona machina, musząca nabrać rozpędu i trzymająca się narzuconego przez konstrukcję tempa. Zatem zero grindcoreowych połamańców, żadnej blackowej histerii czy depresji. E-e. Równomierne, techniczne i brutalne napierdzielanie do przodu. A gdy trzeba to i z melodią.
I co mnie najbardziej w tym materiale urzeka. Ano - mimo, że mamy 2013 cykl słoneczny wedle gregoriańskiego systemu miar czasu, to i muza jest przedstawiona jednak w nowoczesnej formie. Nie ociera się to nawet o industrial, aczkolwiek w wielu momentach tej płyty - zgodnie z wyznacznikami tego nurtu, jednostajny rytm daje wyobrażenie [dźwiękowe wyobrażenie] pracującej maszyny. No, tyle że ta co jakiś czas przyśpiesza, zwalnia, czasem w ramach popisów gitarowych odgwizduje czas na fajrant. Zwłaszcza Francuzi ostatnimi laty w podobnych klimatach się specjalizują. Ale, jak słychać, nie tylko.
Ogólnie rzecz biorąc, po n-tym odsłuchu stawiam tezę, że płyta jest idealnym materiałem do odegrania na żywca kawałek po kawałku, w porządku jak na płycie. Zaczyna się w miarę spokojnie, powoli rzekłbym. Selektywnie. Tak by słuchacz powolutku zaznajamiał się z dźwiękami. A im dalej, tym utwory stają się bardziej urozmaicone, bardziej złożone. Ale i same kompozycje szybsze. Jest też i to, co uwielbiam w death metalu już od czasu pierwszych kaset z pierwszymi albumami Cannibal Corpse – operowanie jedną, nie znoszącą jakiegokolwiek odporu ścianą dźwięku [nie, nie ma tu nawet cienia zbieżności z brzmieniem CC, chodzi o sam patent i nic więcej]. Jedno olbrzymie, wylewające się z głośników tsunami mielące dokładnie wszystko co spotka na swej drodze. I nie chodzi o to, że jest kakofonia. Bo nie ma. Po prostu, to co słyszymy jest w pełni wypełnioną dźwiękiem falą. Nie ma tam pustych przestrzeni. Zawsze gdzieś jest upchnięty choćby szelest pieszczonych wręcz talerzy, gdzieś w tle „przeszkadzajki” [te takie industrialne elementy, efekty – jak kto chce tak to zwał, generowane przez jakieś pudełko na 220V]. A potem następuje skomasowany natłok riffów, nakładających się na siebie, wzajemnie z siebie wypływających, ha – wzajemnie w siebie wpływających.
Wokalista, jak sprawny nadzorca swym wrzaskiem konkretnie kieruje wskazanymi trybikami, by dalej pchały metalowe cielsko przed siebie. No, może nie wrzaskiem, bo jednak to nawiązujący do klasycznego brzmienia growl zachęca do zaznajomienia się z tekstami [których w promosie brak – cholera]. Ale kolo sprawnie operuje swym narzędziem, bo potrafi na tyle, na ile trzeba, ale i na ile można przy tego rodzaju „piosenkach” operować barwą. I fajno.
Nie będę rozczulał się nad tytułami, bo każdy zapewne w połączeniu z tekstem ma jakiś przekaz. Zresztą, samo złożenie tytułów daje ogólne wyobrażenie, że materiałowi przyświeca jakaś konkretna idée fixe. A i sama okładka [nawiasem mówiąc, bardziej by mi pasowała do jakiejś płyty z nurtu black] informuje, że nie będzie ona bagatelką. Ale, muza i tak najważniejsza, zatem literatura to temat nie na dziś.
Gunter Prien
BLACK ALTAR „Suicidal Salvation” EP
25 pazdziernika 2013 (Darkest Than Black Records)

https://www.facebook.com/blackaltar
W głębi pradawnych lasów, ze siedemnaście cykli słonecznych temu, na starym uroczysku poczęty został twór o wszystko mówiącej nazwie Black Altar. Pradawni Wormjanie tam właśnie, u stóp świętych dębów, co narodziny ich dziadów pamięci całunem skrywają, pierwotnym siłom Natury należną cześć składali. No niewątpliwie, nie na Czarnym Ołtarzu, bo to jednak inwersja zapożyczenia z innej strony (zwłaszcza kulturowej) świata, niemniej patronujący niejednemu z nich Perkunas – jako tamtejszy gromowładca, tym pięciu aktom muzycznej wędrówki Cienia - Per Aspera ad Astra - ku doskonałości przyklasnął by z radością.
Cztery dźwiękowe ‘inferna’, dzielone mroczno-ambientowym, dwuczęsciowym krokiem w Astralną Przestrzeń [nawiasem mówiąc zmajstrowanym przez wszędobylskiego ostatnimi laty Nihila] to zaiste monstrualny krok naprzód. Każde kolejne wydawnictwo BA to progres zarówno na polu kompozycyjnym jak i brzmieniowym. Smoła i siarka z samego dna Sheol lała się z głośników już od pierwszych wydanych półtora dekady temu oficjalnie nagrań ale takiego soczystego brzmienia piekielnej przestrzeni jak dotąd nie było. Może to pośrednio i zasługa nieznanego mi dotąd studia Bat a na pewno rosnących umiejętności głównodowodzącego tej kroczącej niczym Abrams przez płonące irackie pola roponośne wojennej maszynie [z numerem bocznym oczywiście że 666]. Muza tętniąca niepokojem, tak charakterystycznym dla blackmetalowych riffs, sięgająca swymi korzeniami skandynawskiej pożogi początku lat dziewięćdziesiątych. Idealna równowaga w nasileniu dźwięków generowanych przez każdy z [klasycznych jak dla tego rodzaju gatunku muzyki] instrumentów, dająca każdemu uważnemu słuchaczowi możliwość zapoznania się z każdym dźwiękiem składającym się na całokształt każdej z kompozycji tworzących SS. W wielu miejscach przepełniona elektronicznymi smaczkami [skoro nawet i Wielki MayheM ten patent stosuje, to właściwie żadna to ujma] ale umiejętnie wplecionymi, by muzyka stała się jeszcze bardziej upiorna, jeszcze bardziej złowieszcza, oddająca (anty)ducha dzisiejszej zindustrializowanej cywilizacji, tak szczelnie otulającej nas betonem i plastikiem i odcinającej od prastarych Sił drzemiących w głębiach lasów. A to już kolejna zasługa wspomnianego wersy wcześniej Nihil, który odstawił tu kawał piekielnie dobrej roboty. Stworzył a właściwie nadał temu mini-albumowi niesamowity wręcz nastrój. Skomponowany ambient idealnie oddaje ducha tytułu. Ba, spaja klamrą dwa poprzedniki jak i następniki.
Nie ma rzeczy idealnie doskonałych, bo do wszystkiego każdy malkontent może się przypierdolić. No i ja takowy powód odnalazłem, bo w przepięknym, pełnym symboliki oddającej ducha cyklu ziemskiej wędrówki będącej jedynie chwilową częścią nieskończoności – ni chuja nie odnalazłem tekstów. Dla mało wymagających jest to drobny i nieistotny szczegół. Nic bardziej mylącego, bo nie muzyka ale tekst jej towarzyszący niesie ze sobą przekaz. I jeśli mamy do czynienia z zaangażowaną w propagowanie Idei hordą, to właśnie one są jej nośnikiem. Bo to one są wytycznymi, kluczem do bram, ku którym zmierza pod dzierżonym wraz z orężem sztandarem.
Ale i mimo tego braku, tytuły są tak wyraziste, że już od Wyroku (pewnie, że skazującego) wiemy, że jedynie poprzez Samobójcze Zbawienie dane nam będzie przekroczyć wśród demonicznego zawodzenia pojmanych w trakcie wojny zarzewia buntu aniołów, kosmiczne ścieżki Chaosu by zanurzyć się w Astralną Dziedzinę. To tam usłyszysz dopiero drogi słuchaczu echo wielkiego wybuchu, ukryty jęk narodzin wszechrzeczy wpleciony w Tętno Wszechświata by przeistoczyć się w MegaBestię, dzierżcę spuścizny trzech liczb niedoskonałości.
Tu nie znajdziecie bezmyślnych blastów i gówniaczego brzmienia niedostrojonej gitary [czytaj: kultowo oddającej ducha piwnicznego brzmienia, he he]. E-e. Materiał przemyślany od samego zamysłu powstania do ostatniego nagranego dźwięku tuż przed wysłaniem do tłoczni. Starannie skomponowany. Tak też i nagrany. Przepełniony smaczkami, wypełniającymi luki w przepastnym morzu dźwięku. Jeśli gdzieś, kiedyś, ktoś postanowi by nakręcić kolejną, [wypadało by że szóstą] odsłonę Armii Boga, która siłą rzeczy chyba powinna mieć miejsce w niedalekiej przyszłości, gdy świat ogarnie chaotyczny konflikt w którym każdy będzie wrogiem każdego, niezależnie od rasy, nacji, przekonań religii i innego gówna, a cywilizacja przemieni gatunek ludzki w jeszcze bardziej żałosną karykaturę gadającej małpy [tyle że posiadająca broń atomową], to ja bym widział [słyszał] BA jako idealny podkład muzyczny do tego obrazu. Choć lepiej by żadnemu muzykowi rockowemu reżyser już nie proponował roli któregoś z Upadłych, bo Glenn Danzig wypadł słabo…
GuntePrien (2013-11-26)
DAWN OF TEARS "Act III: The Dying Eve"
31 października 2013, Inverse Records

https://www.facebook.com/DAWNOFTEARS
Z pogrążonej w słonecznych promieniach Hiszpanii fińska Inverse
wyszperała kolejny smakowity kąsek. Akt 3, nachalnie z nazwy kojarzący mi się z naszą krajową legendą, korzeniami sięgającą aż
mazurskich legend (a może nie…) kultu Leszego… bynajmniej nie
wzoruje się na twórcach arcymistrzowskiego Światła Luny. No, bo i jest to muza z zupełnie innej beczki. Przesiąknięta na wskroś melodią, rzekłbym nawet – wypełniona melodyjnymi pejzażami.Hmmmm… dość osobliwie to zabrzmi zwłaszcza na stronie wuwuwu radia stawiającej na ideologię raczej lewej strony autostrady (era ścieżek minęła, teraz wszędzie asfalt kładą, nawet jeśli jakość nie do końca zadowalająca), ale dość… optymistycznymi pejzażami. Od groma i ciut więcej jest tu popisów gitarzystów, którzy przechodzą od wzajemnych heavy metalowych pościgów ku smutnym, niemalże gotyckim solówkom. Wszystko to wkomponowane w unoszący się nad wszystkim klimat, tworzony przez klawisze. Ale mimo że nie są one wyeksponowane na pierwszym planie, to mają tu swój niebagatelny udział, rozciągają nad całością swą pajęczynkę. I każda przestrzeń, każdy skrawek utworu jest nimi wypełniony, choć są one jedynie tłem. Na tle tego podmiot liryczny w osobie przystojnego młodziana wyśpiewuje swym dość wyraźnym growlem trapiące jego umysł wizje. Nierzadko towarzyszy mu w tym dość miły uchu pomruk jakiejś anonimowej niewiasty. I choć fanem takiej muzy to nie za bardzo jestem, to jakoś to wydawnictwo wyjątkowo potrafiło do mnie dotrzeć.Pewnie trzeba by jakoś ową muzę jakimś terminem sklasyfikować, aczkolwiek nie za bardzo wiem po co. Można by tu też i zarzucić jakimiś większymi nazwami by uczy ich fanów i ku tejże nazwie skierować, no ale – po raz kolejny nie za bardzo wiem po co. Słabe to argumenty mające zainteresować nazwą. Chyba najlepiej samemu odsłuchać próbki na jakiejś tam z witryn co to takowa usługę oferuje. Konkludując – jak dla mnie muza to całkiem przyjemna i odprężająca. Na pewno bardzo przestrzenna. Może nie w sam raz do pędzącego przez sztormy drakkara, bo wbrew promocyjnym bajajakom to z goeteborskim death metalem ten album nie ma nic wspólnego (noż kurwa mać, posłuchajcie choć raz do końca jakiś album At the Gates a potem wypisujcie te pierdoły panowie czy panie redaktory) ale do jachciku sterowanego jakąś elektroniczną zabawką co przez jakiś tam deszczyk z paroma pierunkami w tle się przedziera, jak ulał…
PANZERCHRIST "7th Offensive"
15 lipca 2013, Listenable Records

https://www.facebook.com/panzerchristofficial


Dość upalny, lipcowy poranek przyniósł wraz z pierwszym niemrawo wysuwanym z pochwy mroku sztyletem solarnego okupanta nieboskłonu pomruk budzącego się z uśpienia stada stalowych demonów. Wychyliwszy swe ponure, monstrualne cielska, wykute mocarnymi ramionami swych tytanicznych twórców dzierżących młoty i przekuwających wyszarpywane trzewiom Przedwiecznej Macierzy zastygłe w głaz prastare surowce w pancerze, po raz siódmy (pełnominutażowy) na przestrzeni ostatniego dwudziestolecia - horda zakutego w stal Mesjasza przypuściła swą ofensywę.
Przez morskie  przeprawy na północ, oceanicznymi szlaki ku Amerykom, południowymi drogami w głąb Europy. Wzniecając tabun pylistego smogu, miażdżąc gąsienicami zgliszcza, szturmują…Taaaa… niekoniecznie jest to ścieżka dźwiękowa dla „O jeden most za daleko”, czy genialnego ruchomego obrazu „Bitwa o Ardeny”, choć szczerze mówiąc, właśnie ten krążek mógłby kręcić się w trakcie szturmów w sprzęcie audio czołgu dowódcy Martina Hesslera, tak brawurowo odegranego przez Roberta Shaw.
Bo niekoniecznie powinien zastąpić odśpiewaną w trakcie odprawy pieśń niemieckich czołgistów "Panzerlied".Ale i ten film i te dźwięki mają sporo wspólnego, i nie idzie tu już tylko o motyw okładki, tak wdzięcznie kontynuowany już od kilku wydawnictw. Bo faktycznie ta muza to ofensywa, aczkolwiek cholera wie która, bo płyt metalowych odsłuchałem w życiu sporo a nagranych zostało jeszcze więcej. Zwłaszcza z tym militarnym namaszczeniem. Czołg jest jak się okazuje tym najwdzięczniejszym z Potworów Ze Stali bo jednak znacznie mniej znalazłem (słyszałem) hymnów ku wiecznej chwale Asów Przestworzy czy Żelaznych Rekinów… Dobra, baju baju na bok, i jedziem. Odliczanie namiaru na cel, solos, przejście perkusisty, growlująca komenda i zaczynamy pancerne natarcie. Od wolnych rytmów z technicznym wykonaniem, maszyna wojenna nabiera rozpędu skutecznie oskrzydlając wypływającymi z głośników dźwiękami. Bo i jak trzeba to mimo deicidowskich solosków (tak, tak – te wypływające z niebytu, stricte hoffmanowskie dźwięki z górnych rejestrów, równie szybko umykających co się pojawiających) wpadamy w grindowe tempa (swoją drogą perkusja zawsze musi dostać w dupę), choć jednak muza trzyma się wyważonych prędkości. No ale jeśli chcemy zachować nieco miejsca dla gitarowych, niemalże heavy metalowych popisów, nie można popadać w przesadę prędkości. A i nie sposób było rozpędzić żelaznego Molocha z okresu II WW do osiągów obecnie uznawanych za standard pancernego pola bitwy. Zresztą, na okładce nie widzę Leoparda ani Abramsa czy jakiegos Challengera albo choćby naszego poczciwego Twardego. Inna sprawa, że jakby ekipa piwowarów zapodała na niej trolla z numerem bocznym 102 na którym Janek i reszta wesołków z Szarikiem na czele broniła cnoty Marusi, to bym tej muzy pewnie nawet nie tknął.Ale półtora minutowy Dogger Dead można by podkręcić i na grindowy mini byłby w sam raz. No ale i tak trzeba co jakiś czas zwolnić by przez deathmetalową siekę przepłynęła solówka.No i rzecz jasna jak trzeba (a wedle mnie potrzeba) mamy sporo melodii. I tako jest w moim ulubionym „Mass Attack of the Lychantrope Legion”, gdzie melodia od samego początku wyznacza charakter utworu. Mnie momentami to nawet przypomina i co bardziej szlagierowe piosnki Dimmu Borgir, bo i heavy solos, bo i deathowa gitara rytmiczna, bo i pasaże panów gitarowych, bo i chóralne (bo zbiorowe) partie „odkrzyczanego” refrenu… All Heil… chyba tak to szło. No i Pancer Kommando Browar szturmuje dalej Twierdzę Wzgórza 666 mimo Napalmowego Alarmu, czego wyraz daje w drugim z naj kawałków albumu: „Kill for Revenge” – ponad sześcio minutowym wałku, gdzie również postawiono na melodię dźwiękowej brutalności.No i tak jest do końca. Schemat: łupnięcie, solo, melodia, przyśpieszenie. Ale mimo wszystko z urozmaiceniem, by każdy z kawałków zdecydowanie się od siebie odróżniał i by te niepełne trzy kwadranse nie wiały nudą. Każdy pewnie znajdzie sobie swe ulubione numery a na pewno jest to w całości bardzo dobra płyta, do wielokrotnego odtwarzania. Ja tam w każdym razie po każdym przejściu Świńskiej Parady, gdy dźwięki piły mechanicznej ucichną, ponownie wciskam przycisk „play” i od początku zaczyna się: "Bravo,
Whiskey, Four…" cel namierzony, pocisk w celu, ruszamy dalej. MartinHessler melduje…
Gunter Prien
EMBLAZONED "The Living Magisterium"
3 września 2013, Deepsend Records

https://www.facebook.com/emblazoned666

„Kwadransowce” rządzą!
Formaty oszalały a i zapewne rozwój cywilizacyjny niebawem wyprze materialne nośniki, więc nazwy sprzed epoki cyfryzacji nie będą miały żadnego znaczenia, tak jak i dziś mają niewielkie
powiązania z przeszłością. Bywa…
Niespełna kwadrans muzy i pięć kawałków to byłby materiał w sam raz na maxi-singiel czy jak też i mówiono na mały album czy „po normalnemu” jak ja wolę, na EP (Extended Play). Na winylowego „malucha” w sam raz. Na „malucha” CD też.
Raczej nudnawe, niczym nie wyróżniające się od tysięcy innych, pochodzących z innych płyt intro i… cztery kopniaki. Od razu, bezpośrednio między oczy!
Najpierw minimalistyczny i przewidywalny pseudo-ambient, na szczęście tylko 1,5 minuty, ale potem… szybki, oczywiście że najeżony jak trzeba odrobiną blastów i ciężkich gitarowych riffów akompaniujących drącemu się wokaliście death metal. Raz szybciej, raz wolniej, cały czas przed siebie. No bo pancerne pojazdy mają to do siebie, że prą naprzód mieląc swymi gąsienicami po drodze absolutnie wszystko. Jeśli kojarzycie taki film jak Czyściec (Proryv) to macie wyobrażenie. Nie trzeba tym czołgiem koniecznie rozpędzać się do granic możliwości silnika, stalowy demon zmiażdży po drodze wszystko. A jak coś pozostawi, to resztki.
No i przy takim minutażu inaczej nie sposób.
Portale (nie, nie randkowe) poświęcone gatunkowi określają tę komandę jako grająca black metal, no ale jednak to nie jest brzmienie rodem ze Skandynawii początku ostatniej dekady minionego millenium. Ale pies trącał szufladki, bo co to za różnica jak nazwać generowane dźwięki jeśli są miłe dla ucha. Dla mnie to jest zajebisty death metal z trashowymi jazdami, z klimatycznymi zwolnieniami i wypływającymi z przestrzeni solosami, rwany co jakiś czas opętanymi blastami fizycznego. A nad tym unosi się nieoszczędzający gardła wrzask wieloletniego palacza. Też niezła definicja. A i tak dźwięk najważniejszy.
Kapela chyba przygotowuje się dopiero do pełnominutowego (co to dziś znaczy? Kiedyś chodziło o pojemność vinyla, kasety, potem CD, a teraz, w dobie wymiennych dysków kiedy album może trwać nieograniczenie długo??) wydawnictwa, bo jest to dopiero trzeci materiał, po demosie (no, w 2001 faktycznie materiał własny mógł się nazywac demem) i poprzedzającym obecne, również e.p. z 2005. Może jest też kolejnym etapem na muzycznej drodze rozwoju, bo dla trzech z czterech obecnych członków jest ona kolejnym składem, więc niewątpliwie jest to doświadczona załoga. No i to jest słyszalne, bo muza jest naprawdę selektywna. Skład jest ewidentnie zgrany. To nie jest kolejny internetowy twór wymieniający się później miksowanymi ścieżkami przez kabelek, ale zgraja ludzi na żywca aranżujących „to co w duszy gra” w sali prób. No i nie dziwota, że potem wydają takie EP na którym starannie wyselekcjonowane najlepsze cztery kawałki tak skutecznie kopią po dupie.
A i po nazwiskach wnoszę, że dwóch kolesi to potomkowie naszych krajan, co to kiedyś za chlebem (i wódką) za wielką wodę popłynęli. I tym bardziej fajnie mieć ten materiał.
Gunter Prien
VORNA "Ajastaika"
16 sierpnia 2013 Inverse Records

https://www.facebook.com/VornaOfficial


Najnowszy wyziew Inverse Records to, a jakże – debiut z Finlandii. Debiut w oficjalnym tegosłowa znaczeniu, bowiem od 2009 zostały wydane trzy dema. No ale w drugiej połowie 2013 nadszedł czas na oficjalne wydawnictwo firmowane nalepką jakiegoś labela. Padło jak widać na stawiającą na rodzime hordy oficynę co z nazwy chce wszystko poodwracać.
I z czym my tu mamy do czynienia? Ano, z melodyjnym black metalem z wplecionymi w niego i to dość słyszalnie, elementami muzyki etnicznej. Tak przynajmniej przyjmuję na słowo bo o folku, zwłaszcza fińskim nie wiem nic. Ale jakoś mi to nie przeszkadza. Dzięki temu odkrywam nowe, nieznane dźwięki a i odsłuchiwana płyta tętni jak dla mnie świeżością.
Ale rzecz jasna, że jest oparta na starych, sprawdzonych i jakże ulubionych przeze mnie patentach. Bo z jednej strony to nieomal klasycznie brzmiący symfoniczny black metal, skojarzeniami najbliżej chyba wcześniejszym płytom Dimmu Borgir, nim coraz śmielej wplatając elektronikę wypracowali jednak własny styl i znaleźli poklask oficjalnej sceny. Na pewno hołdujący klasycznemu heavy metalowi, bo przepełniony melodyjnością i jej ciągłymi zmianami, tak jak to było na pierwszych, najwspanialszych płytach tego gatunku lat 70/80. Jest to ciągłe smutne, typowo północne zawodzenie gitar, zarówno w tych szybszych jak i w tych wolniejszych momentach, przechodzące niejednokrotnie w charakterystyczną dla tego gatunku łupankę.
A nad tym wszystkim unosi się bogata dźwiękowa zapora klawiszy, która nadaje temu materiałowi własnej tożsamości. No i ten pierdzący, wysunięty na nieomal pierwszy plan bas, tak przypominający swym brzmieniem ich krajan z nieśmiertelnego Impaled Nazarene. Ale na tym porównania z załogą groźnego :-] Mikk’a bym stanowczo zakończył.
Z drugiej – fest wtrąceń instrumentarium nie mającego zbyt wiele wspólnego z metalem, ale to chyba te elementy folku, który okazuje się być niesamowicie melodyjny. No, bo akordeon to w przypadku metalu to jedynie w Rammstein dane było mi usłyszeć, ale to jednak zupełnie inna historia (o ile R+ to metal a nie pochodna, BTW). Bo jakieś dęte czy strunowe instrumentarium to jednak już standard wielu wydawnictw.
Całokształt zatem to miks melodii i brutalności, ale na pewno nie ekstremy. W eksteremie te smaczki by po prostu zaginęły. Ale to i dobrze. Bo jeśli idzie o Finlandię, to nie samym Sargeist czy Behexen człek żyje. Czasem trzeba sięgnąć w nieco inne rejony. Tak jak to było z recenzowanym gdzieś w tej rubryce naszym krajowym Jarun. Rejony bogate w instrumentarium, bo też i z kolejnej strony, nie samym Beherit człek żyje. A jeśli to muzyka etniczna, to przy niej bawili się wojowie przed pójściem w bój. No to ja się teraz nie dziwię że Talvisota miała taki a nie inny przebieg…
Gunter Prien
APE TO GOD "Ape To God" EP
1 maja 2013 (Self-released)

https://www.facebook.com/pages/Ape-To-God/165029513593465

Lubelskie nie tylko blackiem stoi, w czym uświadamia mnie recenzowane czteroutworowe EP. Ale i te siedemnaście minut to jednak niepokorne dźwięki. No cóż, piątka trasherów nie ukochała sobie Korony Stworzenia, oj co to, to nie. A dała tego wyraz w tekstach, nie szczędząc gatunkowi ludzkiemu krytyki. No cóż, może ten materiał to nie jest muzyczny skrót scenariusza Armii Boga, niemniej jednak wizja liryków jest aż nadto zbieżna z oceną dokonaną ustami Gabriela.
Od Gadającej Małpy pokonującej swe mroczne strachy prymitywnej wyobraźni zamieszkującej oczodoły jaskiń, ku Panu Stworzenia bestialsko niszczącemu wszystko co otacza a przepełnia lękiem płynącym z niezrozumienia czy zazdrosnego, jadem spluwającego spojrzenia.
A muzycznie nie inaczej. Tego typu granie określa się podobno mianem groove. Ale ja nie za bardzo rozumiem o co chodzi. Dla mnie to po prostu thrash/death metal lecz bynajmniej nie w klasycznym wydaniu a w tym zdecydowanie nowszym, do czego wprowadził swego czasu Machine Head a teraz to pogrywa Soulfly. Wiecie, rozumiecie, takie nowsze wcielenie Slayer przybrane już na pewno na God Hates Us All...
Dobra, dość pieprzenia – czas przejść do najistotniejszej części a więc do opisu generowanych dźwięków. Wszystkie cztery utwory oparte są na twardym riffie bez zbędnych ozdobników, solosków czy nadmiaru elektronicznych „przeszkadzajek”. Te jak się pojawiają, to delikatnie wplecione, by dodać smaczku. Kropka. Żadnych grindowych jazd i łamania rytmów. Prosto i konkretnie jak kopnięcie konia centralnie między oczy. Muza piękna w swej surowości i selektywności dźwięku. Jeden wielki popis doświadczonych muzyków. Ta gromada często z sobą po prostu spędza czas na próbach i to słychać. Nie klonują setnej wersji koweru swej ulubionej załogi tylko wyselekcjonowali cztery w swej ocenie „naj” kawałki. No właśnie – ja tu nie znajduję żadnych niepotrzebnych dźwięków ale nie ma też i pustych przestrzeni czy po prostu nudzącego uszy ich natłoku.
Wokalista zdziera gardło thrashowym krzykiem ale nadal zachowując wyrazistość przekazu, momentami gdy choćby w tytułowym – zaczyna wplatać melodeklamacje kojarzące mi się od razu z Gusem Chambersem. Pamiętacie pewnie taki czadowy, oldskulowy klip jak facet w płaszczu ze skóry plątał się po pustyni? Piaski Armageddonu latają to w lewo to w prawo a on se łazi i ryczy. No i ta scena od razu mi tu pasuje jak ulał. A gdy nadchodzi zwolnienie i perkusista zaczyna wybijać marszowe tempa a gitary
ciężeją, od razu słyszę gdzieś w tle dalekie echa kawałka Davidian Maszynowej Głowy. Ale nie mamy wcale do czynienia ze zrzynką, skoro tyle ciekawych nazw tu przytoczyłem, bo każda nowość musi się skojarzyć z wielkimi gatunku co współtworzyli scenę lata świetlne temu. To nieuniknione.
A.T.G. (nie, nie chodzi o goetoborskich deathmaniaków) zachowuje w tym wszystkim własną tożsamość, słychać od pierwszego odpalenia tego materiału jego wielokrotne ogranie na sali prób. Słychać, że realizator wiedział gdzie jaki dźwięk należy usłyszeć, jaki wyeksponować. I nie ma tego, co mnie w nowych produkcjach najnormalniej w świecie śmieszy. Nie ma nakładania miliarda ścieżek na siebie jakby gitarzysta miał u każdej z dłoni po 10 palców a te zamiast 3 to 8 stawów.
I na tym zakończę. Jest to kawał porządnej trash/death metalowej muzy zdrowo kopiącej po dupie. Czekam na więcej. Bardzo czekam. Na dużo więcej!
Gunter Prien
STORMHOLD "Eyes In The Eyes" EP
1 kwietnia 2013 (Self-released)

https://www.facebook.com/pages/Stormhold-Belarus/512148845498953

Białoruska scena rośnie w siłę, co mnie osobiście nie dziwi, w końcu nie mniej prężnie od wielu już lat działa im i nam sąsiedzka – ukraińska. Ale geografia na bok, bo skupiamy się na dźwiękach, zaprezentowanych na trzyutworowej EP z kwietnia tego roku. I co my tu mamy? Ano, melodyjny death metal z dużym naciskiem na technikę. Ale nie jest tak słodka od początku do końca, jak by ktoś się spodziewał. Po chwili
melodycznego zaśpiewu gitary i rewelacyjnych chórkach wokalisty już w pierwszym kawałku – „Another Day” mamy do czynienia z wirtuozerskimi popisami basisty. Ale nie ma łatwo, chłopaki wtedy łamią rytmy ile się tylko da. I taka jest chyba w tym wydawnictwie metoda. Grać i dać maszynie się rozpędzić, by w nieoczekiwanym momencie pokomplikować, pokombinować, wyeksponować smaczki. Solosy przypominają mi w tym kawałku dalekie inspiracje wczesnym Vader (studyjnym rzecz jasna). Ale cholera, pochody gitarowe już dają to, co ukochałem w melodycznym graniu sobie najbardziej – patos rodem z co bardziej balladowych dokonań kultowego Iroin Maiden. Ale by nie popaść w szablon, by słuchacz przypadkiem nie sklasyfikował do grona naśladowców, po chwili trzeba dać pola dla popisów basisty, któremu chyba nieobce są funkowe odpały rewelacyjnego składu RHCP.
Nadchodzący jako drugi, tytułowy to solidne deathmetalowe walnięcie między oczy. A cały czas nad tym unosi się klangowanie basisty i delikatnie wkomponowane klawisze. Bez natrętnego udziału, bez niepotrzebnego rozmiękczania materiału. Ultra szybkie solosy na ultra szybkim kawałku, a potem – no tak, znowu maidenowska pogoń gitarowych melodyjnych riffów. Oni chyba tak jak i ja ukochali sobie Brytyjczyków i postawili jako niedościgniony wzorzec mogący być (a nawet winny być) wzorem dla kapel wszelakich nurtów.
Kończący „The History Pages” już zwalnia i to dość poważnie. Ale nadal jest to ciężkie rodzajowo granie, z odrobiną melodii. Tu tym razem jednak pierwsze skrzypce pozostawiono perkusiście, ten wybija swe rytmy sprawnie, nie zważając na ogólną linię melodyczną utworu. I nawet co jakiś czas wplatane solos nie są w stanie oderwać ucha od niemałych umiejętności fizycznego. A kawałek oczywiście nadal oscyluje w melodyjnym rodzaju gatunku, co zmienia się może nieco w połowie utworu, gdzie nieco chłopaki na moment przyspieszają.
Ogólnie jest to bardzo sprawnie technicznie nagrany materiał, aż żal ściska, że mój egzemplarz pozbawiony jest tekstów, te bowiem mają oscylować wokoło tematyki ogólnie pojętej przyszłości. A i okładka, właściwie cały dwupanelowy booklet tak wieszczą, choć chyba chodzi o nieprzychylną naszemu gatunkowi przyszłość, którą sami sobie gotujemy. Jak wynika z informacji od samego zespołu, materiał ten to czyste promo, bowiem zostanie w całości umieszczony na pełnym albumie. No i mnie to cieszy, bo już te trzy utwory dają mi wyobrażenie o możliwościach tej komandy. Może nieco przesadzam, ale tak brawurowe wplatanie w death melodyki rodem z klasycznego heavy metalu bez zbędnego „cukierkownia” może okazać się dla tej kapeli kluczem do zaistnienia na scenach różnych festiwali, muza jest bowiem idealna do podscenicznego szaleństwa. A kto wie, teraz może też i nieco przesadzam, ale może pełniak okaże się też niemałym zaskoczeniem dla skostniałej sceny gatunku, tak jak to dwie dekady temu było z kultowym już dziś Hypocrisy i ich kamieniem milowym „Abducted”? Cholera wie, na pewno nie ma tu alienów i całej tej kosmicznej flory i fauny, ale to dobrze, bo klona bym nie zniósł, a miłe memu uchu dalekie zapożyczenia od bogów sceny nie przeszkadzają mi w wystawieniu temu materiałowi notki In Plus. Zapamiętajcie tę nazwę, na ojczystej ziemi jaki u swych sąsiadów (naszych nawiasem mówiąc też) już robi się o nich głośno.
Gunter Prien
KOHORTA "Pure Demon"
20 lipca 2013, Self-released

https://www.facebook.com/KohortaPoland

Za czasów odległych, gdy świat wyrywany przemocą był został z mroków niecywilizowanego barbarzyństwa promienną ręką Imperium Romanum, kohorta jako pomniejsza jednostka taktyczna nielichego mogła narobić zniszczenia by wraz z innymi dziewięcioma, jako legion tworząca potęga odbierać tryumf na ulicach Imperium.
Mroczne te czasy minęły, choć świat nie stał się z tego powodu przyjaźniejszym, aczkolwiek niewątpliwie ma więcej do zaoferowania człowiekowi. No nie inaczej jest w zakresie dźwiękowej zagłady, choć nie mowa tu o trąbach Jerycha. I choć owe legiony okupowały tereny miasta którego mury pod nawałą dźwiękową w proch padły, to nie o tych kohortach jest mowa. A nawet i nie o tej Kohorcie, bo ich dziesięć stanowiło legion.
Hmmmm… piękną muzyczną nawałę zgotowała nam nasza krajowa Kohorta, co i sam tytuł tego albumu (może EP zważywszy minutaż) oddaje. Bo imion jego jest wiele a imię jego to Legion, ale tutaj przez te zaledwie 24 minuty obcujemy z zaledwie siedmioma książętami Piekła z którymi obcował niejaki Salomon, król, co swe z nimi pogawędki w Kluczu Mniejszym spisał.
A muzycznie? No, death metal już od dawna przechodzi metamorfozę. Stylistyki są przenajróżniejsze. I nowszej rodzajowo dziedzinie tego gatunku hołduje owa Kohorta, czyniąc coraz większy wyłom na scenie, niosąc światłą kaganek. Bo i cóż, nie można po raz kolejny odgrywać opatentowane już wielokroć na przestrzeni ostatnich ponad trzech dekad istnienia gatunku zagrywek rodem z kamieni milowych gatunku. Bo kto by chciał po raz kolejny posłuchać swego ulubieńca, to by sięgnął po jego nagrania, nie po nagrania klona.
Muza ewidentnie oscyluje w kierunku deathcore, nadal jednak posiadają ciężar bo niewątpliwie wyrasta to wszystko z deatch metalu. Mimo karkołomnych temp, dalej piątka legionistów serwuje nam deathowy ciężar i zdarty choć nadal czytelny (na tyle ile gatunek pozwala) wokal wokal. Nie jest to grindowe ściganie się na gryfie i wokoło werbla, bo nie tędy wyznaczona ich droga. Ale są przyspieszenia. Ha, są nawet solówki, w mym ulubionym szóstym (tak, tak, znajoma cyfra…) nawet przywołujące na myśl Deicide z najlepszych (czytaj – minionych) lat, które nawiasem mówiąc były chyba nagrane a następnie odtworzone „od tyłu”. W końcu siedmiu sponsorów nagrań zobowiązuje.
I aż dziw że nazwa ta nie trafiła na cudakowatą (bo nie cudaczną) listę wesołego pana w czerni, co to w ostatnich dniach stwierdził że joga to sztuka walki a the Beatles kultywują Rogatego…
Dobra, konkludując – wesołe 24 minuty mające w sobie prawdziwego demona (nie, nie Demona). Może nie prędkości, ale jest to sporo przekombinowanego, technicznego materiału opartego na klasyce. Rośnie na naszej scenie kolejna nazwa, która niebawem stanie się wielka. Koledzy nie nagrywają jak widać zbyt często, a i materiały nie grzeszą nadmiarem minutażu. Ale nie jest to świadectwo niemocy twórczej – oj nie, nie. Starannie wyselekcjonowany, najlepszy ze stworzonego materiał, starannie nagrany (realizator dźwięku ole!) dający możliwość wsłuchania się w każdy instrument z osobna. Selektywna płyta, EPka, jak zwał. Godna polecenia!
Gunter Prien
FROSTLAND DARKNESS „Ad Moriendum Dei Gratia”
17 lipca 2013, Inverse Records

https://www.facebook.com/FrostlandDarkness

Tego typu muza raczej nie kojarzy się z lipcowym słońcem, no ale żeby nie było
wątpliwości, zgodnie z nazwą horda ta pochodzi z okrytej szronem i jednak zazwyczaj pogrążonej w ciemności północy tej planety, więc temperatury naszej szerokości geograficznej raczej nie powinny zakłócić odbioru w dacie jej premiery. Cóż, zapodanie sobie tej płyty w połowie lipca, w sam raz na upalne słonko, tak dla odprężenia jest zalecane. Jednoosobowa komanda bowiem pochodzi z fińskiej miejscowości Kolari, leżącego gdzieś na granicy wikińskich terenów łowieckich (a jakże – pewnie, że na Trolle) Szwecji, poniżej i to raczej daleko poniżej granicy z ich bardziej północnymi sąsiadami z Norwegii. Ale stylistycznie to jednak bliżej właśnie do norweskich klasyków gatunku. Tych z początków sceny, gdy w blasku płonących świątyń rodziła się druga fala black metalu.
Bez zbędnych ornamentów i elektronicznych przeszkadzajek. Czysta muzyka oparta na skrzekliwym wokalu i zawodzącej swe riffy gitarze, dudniącym basie i sprawnej, aczkolwiek klasycznej perkusji. Bez wkraczania w popisy umiejętności. Po prostu – selektywnie, w średnich tempach, z przyspieszeniami wpadającymi w typową dla gatunku łupankę, wokalizami spływającymi z okrwawionej paszczy Berserka niosącego zagładę na polu bitwy niczym proroctwo Ragnarok.
Jest też i oczywiście miejsce na klimat. Mroczny klimat. Ale nie, nie ma tu ambientowych przerywników. Gdy jest taka potrzeba, jest zwolnienie do granic nieomal doom, by powolnym, rytualnym tempem zachęcić już nieco wyczerpanych pogonią za rozhulanym Boreaszem do odrobiny refleksji. Ni czorta nie wiem natomiast jakiej, bowiem wszystko co podmiot liryczny ma do przekazania wyrażone jest w języku, rzecz jasna - fińskim. Ale to nic, bo dla rozmiłowanych w takich dźwiękach i sama muzyka niesie wystarczającą dozę doznań. Oczywiście że pozytywnych. O ile „Zło” zawarte w dźwiękach powinno takowe ze sobą nieść. Mnie przynosi. Ale i tak musi cała ta maszyneria w pewnym momencie przejść na szybkie obroty, bo bez tego nie ma szaleństwa. A ponoć tylko ono daje radość. Radość płynącą z nieświadomości rzeczywistości. A ta jaka jest, każdy widzi.
Cóż można by jeszcze napisać ku zachęcie zaznajomienia się z tym materiałem… Komu miła jest klasyka i dla kogo najlepszy czas miał miejsce dwie dekady temu, ten materiał Frostland Darkness przyjmie z uśmiechem na twarzy. Kto rozmiłowany jest w technicznych i nowatorskich rozwiązaniach jakie dają obrabiane cyfrowo dźwięki, raczej ominie go szerokim łukiem. A zatem, jest to CD dla koneserów, wiedzących co dla nich najlepsze.
Gunter Prien
SECRETPATH "Wanderer and the choice"
7 czerwca 2013, by Art Gates Records

https://www.facebook.com/secretpath

Gdy zerknąłem na fotki-promotki jegomości co tworzą tę wesołą gromadkę stwierdziłem, że to chyba pomyłka. Kolesie wyglądają jak Madness, no tyle że wersja 2013. No ale Madness to jednak nurt ska i tutaj tego nie emitują. Hmmmm…. No to pewnie jakaś komanda hardcore nie koniecznie z NY City, toteż i wyglądają inaczej.
Góvno prawda… Jak posłuchałem to nie uwierzyłem. Kolesie napieprzają death metal. No tyle że nie w klasycznym „oldskulowym” wydaniu. To chyba też i nie jest ta bardziej nowoczesna odmiana zwana deathcore. Nie wiem, stary jestem i jeśli śledzę zmiany w gatunku muzy extremalnej, to jednak bliżej mi do „smolistej” jazdy. Ale może dzięki temu „spojrzałem na ten album świeżym uchem” (nawet mi to wyszło…).
Co zwraca uwagę? No, w pierwszym rzędzie, wydawało mi się przy pierwszym odsłuchu, że nieudolne partie „operowych” wokaliz. A brzmi to ciekawie, bo kolo normalnie operuje growlem, takim z dna przepony, coś jakby Glen od Bogobójców, no ale zaraz wyskakuje z tymi operami. Nie to żeby mu nie szło, tyle że… no, kto lubi operę zapewne stwierdzi że jeszcze trzeba dużo poćwiczyć. No i pewnie będzie miał rację, ale tej załogi w operze nie pozwolą zagrać. Ale chyba to efekt zamierzony.
Często pojawiają się te zagęszczone riffy rodem z Gojira i temu podobnych nowoczesnych tworów, od groma i jeszcze więcej połamanych, jazzy-grindowych rozwiązań. No i znowu na tle tego wszystkiego kolo zaczyna operę… Ale jest też i trochę zwolnień, jakiś jeden potem i drugi twór na miarę chyba ballady czy co? Na pewno im dalej brniemy w odtwarzaniu, płyta nieco łagodnieje, jest coraz więcej melodii, coraz więcej, niemalże rockowych brzmień. Ale wokalista cały czas się drze w niebogłosy. No i
od mniej więcej połowy już na całego „powyginane” nieomal jazzowe kompozycje. 
Kolesie niewątpliwie nieźle kombinują. Bo jeśli w jednym kawałku można przejść od growlingu do operowych przyśpiewajek, przez rytmiczne połamańce z pogranicza muzyki rocka progresywnego ku grindcore, to chyba spektrum muzycznych fascynacji jest rozległe. No i dla kogoś, dla kogo takie dźwięki są nowością, ta płyta wieje świeżością i zachęca do ponownego odtworzenia. Jako niezorientowany w tego typu dźwiękach polecam. A zorientowani będą wiedzieć najlepiej, czy to coś lepszego, czy też kolejny „klon”. Ale, skoro mimo odsłuchania w minionych dekadach chyba tysięcy płyt nie dosłuchuję się kopiowania, to chyba nie jest tak źle.
Gunter Prien
CHAOS SYNOPSIS "Art of Killing"
30 stycznia 2013, Wydawnictwo Muzyczne PSYCHO

https://www.facebook.com/chaossynopsisbr

Brazylia nie tylko brutal death metalem stoi. Jak słychać, składów poruszających się w klimatach tradycyjnego thrash również tam nie brakuje. No i właśnie przedstawicielem takiej stylistyki jest ów Chaos Synopsis.
Czwórka młodych Brazylijczyków zaoferowała nam już swój szósty (nooooo… ale to nie jest raczej kapela spod egidy trzech tychże cyferek) materiał, aczkolwiek jest to dopiero drugi, pełnometrażowy, studyjny album, wydany na ośmiolecie istnienia.
No i to słychać, że nie jest to nieprzemyślana muza, nagrana na fali młodzieńczych uniesień, z zapatrzeniem na swych idoli z ukochanej sceny. Choć na pewno jest tu nade wszystko tradycyjny thrash z dużą ilością zmian temp, jednakże tak jak to w tym gatunku wymagane – w raczej szybkich rejestrach. Ale nie brak tu i innowacyjności, zwłaszcza brzmienia. A przyznacie sami, że na tak wyeksploatowanym poletku, jakim jest ten gatunek, trudno jest nagrać coś odkrywczego, bez mieszania z innymi gatunkami. Tymczasem chłopaki postawili na czystość gatunku, choć jakoś momentami jednak wyczuwa się inspiracje nowszymi wykonawcami, jednakże ich nazwy pozwolę sobie pominąć, bo nie o nich teraz mowa.
Jednak nie sposób uciec od klasyków, czy wręcz od dziś już ikon gatunku. Slayer znają wszyscy, nawet jeśli go nienawidzą, a przecież to tylko jeden z czterech wielkich, choć chyba z nich jedyny, który stanowi źródło inspiracji dla wszelakiej maści napaleńców spod sztandaru heavy, thrash, death, black, grind a bywało że i doom (szczerze, niezrozumiałe to, no ale nie ja się chwalę inspiracjami w wywiadach). I jednak echa, choć dalekie, wczesnych nagrań Szlachtownika tu słychać. Ale chyba nie tylko. Ale idea jest zachowana, jest bowiem szybko, jest zwolnienie, jest solos, jest sprawny perkusista z basistą stwarzający pole do popisu gitarzystom, no i rozwrzeszczanemu wokaliście. A ten koleś tej wesołej załogi ma dużo do zakomunikowania potencjalnemu odbiorcy. Zdziera chłop płuca i to dość konkretnie, właściwie milknie tylko na czas solówki, na zakończenie, na moment przejść perkusisty (a tego to tu jest sporo, więc tradycyjnego umpa-umpa nie ma) na i na wstępie, bo maszyna przecież musi nabrać rozpędu.
No, ale i sekcja rytmiczna dostała swój moment do popisu, jakim jest 9 z dziesięciu zamieszczonych na tym CD. Jest to może niezbyt długi moment, bo potem musi jednak wszystko przebiec zgodnie z klasyczną formułą, ale i tak wprawne ucho, po kilkakrotnym przesłuchaniu tego materiału wychwyci smaczki, jednak niesłyszalne na pierwszy rzut ucha. Doceni sprawną robotę, w której, niestety, pierwsze skrzypce (ciekawie to brzmi w odniesieniu jednak nie do muzyki klasycznej) zawsze gra jak nie wokalista to może gitarzysta. Ale jest to zgrana załoga, tworząca już sprawny kolektyw, który już tylko może przeć do przodu, rozwijać się i majstrować coraz lepsze materiały.
Może więcej jest dla nich miejsca w zamykającym całość instrumentalnym, tytułowym dla albumu. Ale jest to chyba kawałek będący raczej już efektem improwizacji, gdy zostało jeszcze trochę czasu w studio, a pomysły w głowach szalały. Nie pasuje on do całości, bo i za dużo w nim wplatanych w różnych momentach przeszkadzajek, ale taki zapewne był pomysł. By złagodzić brzmienie, zrobić coś bardziej w klimatach heavy i… zakończyć.
Fakt, dawno takiej muzy nie śledzę (no, może poza wspomnianym Slayer), jednak wybrałem inne rejony, ale dobrze jest czasem zapodać sobie i taki krążek. Przez te 40 minut nie znudziłem się ani przez chwilę, a wrzuciwszy sobie taki materiał do mp666 playera w samochodzie, można naprawdę nieświadomie przekroczyć dozwoloną prędkość w drodze gdzieś tam, ku zachodzącej ognistej kulce.
Gunter Prien
MORBID ANGEL "Illud Divinum Insanus"
6 czerwca 2011, Season of Myst


Na tę płytę wylano już tyle kubłów pomyj, że czas by choć jeden posiadacz nośnika ostatniej płyty amerykanów napisał kilka słów pochwały tych dźwięków. Ekipa Ślepego Przedwiecznego jako i jego drzemiący w uśpieniu protoplasta sprzed eonów wydała na łono świata z pozoru chaotyczny zlepek dźwięków które zsyłają na większość umysłów szaleństwo. Obłąkanie spływa spiralami chaosu ku dzierżonej mackami Przedwiecznego fletni szaleństwa. To jej dźwięk popycha ku wyrażaniu nieroztropnych opinii o materiale, który znając kapryśność ludzkiego miotu – za kilka lat
uzyska status kultowego a tak pogardzane dziś „blaszaki” będą do nabycie w kolekcjonerskich wyprzedażach po niebotycznych cenach, jako i dziś są drewniane boxy. Ale pal Licho format, bo to jest najmniej istotne, a i tak nie wiem jaki nowy nośnik pojawi się za 20 lat i czy CD w aluminiowym pudełku będzie miał taki sam status jakiego ponownie nabiera dziś winyl. Przewiduje, że wzorem dziś wielbionych albumów, które w chwili premier doczekały się tylko krytyki – „Illud Divinum Insanus” nabędzie w chwili gdy pojawi się milion jego klonów na rynku status płyty przełomowej. Ileż to razy już wcześniej takich zmian ludzkich poglądów byłem świadkiem. Tytułów płyt nie warto przytaczać.
Pierwsze co rzuca się na aparat słuchowy – to zmiana brzmienia. Nowoczesna. Dla niektórych plastikowa. Ha… ale cóż w tym dziwnego, że dzisiejsze płyty metalowe zawierają sample, że wykorzystuje się tak nachalnie komputer. Wskażcie mi ostatnią nagraną analogowo płytę.
Ale doszło też i do zmian konstrukcji kompozycji. Coraz większe zagęszczenie połamanych rytmów na tle których powracający po latach najsłynniejszy wokalista Chorobliwego Anioła zdziera nienajmłodsze już przecież gardło. Tej głębi studni sięgającej swym dnem samego R’Lyech jak za czasów Dominate już nie ma, bo takie możliwości można mieć w szczytowym okresie rozwoju i gdy wiek jeszcze nie ten, ale i tak większości deathmetalowych wokalistów jeszcze wiele się uczyć. A zwłaszcza trenować. Bo echa setek koncertów na różnych kontynentach są słyszalne.
Ale nadal jest to Morbidowskie szaleństwo nabierającego rozpędu tornada, uderzającego swą falą w napotkane na swej drodze wszelakie stworzenie. Żywe czy sztuczne. Nadal wypływają niczym Jinn z nicości i bezczasu w naszą czasoprzestrzeń – rewelacyjne solówki Trey’a. Pojawiają się i równie szybko
zanikają, by ustąpić pola kanonadzie ściany dźwięków. Dźwięków spójnych, pospołu sekcji rytmicznej co gitarowemu podkładowi. Bo nie jest to festiwal popisów muzycznych umiejętności ale poprawności kompozycyjnego warsztatu.
Płyta jest przepełniona po prostu hymnami, które rewelacyjnie sprawiają się na koncertach. I już od rozpoczynającego introsa – tak niecodziennego i brawurowego, niczym wśród dźwięków trąb tryumfalnych dla legionów powracających z kolejnej wyprawy mamy z każdym kolejnym utworem czytelną zapowiedź tryumfalnego pochodu przez zgliszcza, ku nowemu. Roma Victor! I tako rzeczę – ta płyta nie jest i nie będzie zrozumiała dla twardogłowych wielbicieli brzmienia stworzonego na Blessed…, ale jest jako Lux In Tenebris dla starożytnego świata. Rzym był światłem dla pogrążonego w prymitywizmie i pomroczu antyku kontynentu, tako i ta płyta jest powiewem nowego. Bo czas zburzyć monolity tradycji i na ich okruchach zbudować równie monumentalne, być może że potężniejsze – choć nowatorskie.
Too Extreme! – już od wstępu drze się Vincent mając świadomość, że będzie to szok, zbyt ekstremalny powiew przemian. Ale czas biegnie. Skostniały death metal też ewoluuje Wtedy ta płyta już nie będzie taka rewolucyjna. I’m Morbid! – wielu fanów co odrzuciło tę płytę ponownie zakrzyknie bawiąc się przy odkrywanych ponownie dźwiękach. A i tak nie wiadomo kiedy pojawi się kolejna płyta, po częstotliwością ich wydawania Szaleni Bogowie z Florydy nas nie rozpieszczają. No i dobrze. Nieprzemyślane, klepane na potęgę klony płyt z przeszłości niech majstrują na swych komputerkach pomniejsze załogi. Im, by to po prostu nie wypadało.
Gunter Prien
BLACK BLOOD OF THE EARTH „Wave of Cold”,
6 czerwca 2013, Let It Bleed Records

https://www.facebook.com/bbotetheband

Jak dla mnie, nietypowe to wydawnictwo. Dlaczegóż to? A no, dlatego, że wydawca jakoś do tej pory kojarzył mi się z nieco innymi dźwiękami, co by nie mówić – ekstremalnymi.
A tymczasem mamy do czynienia z muzyką jak najbardziej metalową, ale… no właśnie – to nie jest rzeź. A już na pewno nie rzeź niewiniątek. No i bardzo dobrze, bo ograniczanie się do jednego gatunku powoduje dobrowolne odcięcie się od dobrych, na prawdę dobrych dźwięków, ale wyrażonych innymi środkami ekspresji. Odcięcie się od dźwięków dających nowe, a może dawno zapomniane doznania?
Oczywistych skojarzeń z nazwami wielkich sceny nie sposób uniknąć, bo tak to już ten „młynek” działa. Wskaż nazwę, czyli grająca podobnie gromadka musi być również dobra. Tak myśli większość. Może i ma rację, problem leży gdzie indziej – nie bardzo przystaję do większości a podążanie wydeptanymi ścieżynkami jak dla mnie jest kiepskie. Za dużo na takich ścieżkach leśnych niespodziewajek w postaci… no dobra, już wiecie sami czego.
Co do doznań, tak – dawno niesłyszane kapele z gatunku gothic-doom na pewno przychodzą na myśl od pierwszych taktów. Na nazwy spuśćmy kotarę milczenia, bo jeśli ktoś słucha, to ma swych faworytów
i ich właśnie nazwy przytoczy. Jest tu właśnie ten – jak ja to zwę: feeling. To zawodzenie gitary, wysuniętej na pierwszy plan, aczkolwiek nie dręczącej solosem, ale nieustannym powtarzaniem wyeksponowanego motywu. Jak wszyscy się domyślają, albo wyczytali w wielu innych recenzjach tego materiału (bo wydawca się postarał, za co jemu należą się osobne brawa – odwalił kawał porządnej roboty, gdyby tak wszyscy działali na rynku…) – pewna brytyjska komanda, co to Raj utraciła jako rzekł George Milton w wersach swych wizji na papier przelanych, jest słyszalnym źródłem inspiracji. Czy to źle? Hmmmmm… Dla mnie nie. Bo jest ona jedną z tych kilku z tego nurtu, które na palcach jednej dłoni policzyć można, które słucham i której kalejdoskop zmian stylistycznych mnie nie odstręczył. Nie ma tu zawrotnych temp, bo by po prostu to nie pasowało, jest średniotempowe, przemyślane w swych konstrukcjach granie.
Bez szaleństw, bez popisów, bez karkołomnych wokaliz. Może to jeszcze nie growl, bo death metalu tu nie uświadczycie, ale nie jest to już czysty śpiew. No, ale zdarzają się jak to bywa od pewnego momentu u ich brytyjskich mentorów – deklamacje. Wiecie, takie nieco wzniosłe. Bez zbędnych klawiszy. Podstawowe rockowe instrumentarium w rękach obeznanych z dzierżonym przedmiotem – zawsze jest wystarczające. Melodyjne granie z typowymi dla gatunku tekstami o ogólnie pojętym przemijaniu, wyrażone oczywiście metaforycznie.
Ogólnie rzecz ujmując – nie jest to smutny materiał, nie wieje on nudą. To tylko trzy utwory zamknięte w niewiele ponad 17 minutach. Ale co zasługuje na podkreślenie, każdy z nich, mimo że zamknięty w ramach gatunku, różni się od siebie. Elementem wspólnym jest to moje ulubione zawodzenie gitary, które przechodzi w pewnym momencie zwolnień w „bujany” akompaniament dla jeśli nie deklamowanego (takowy jest zwłaszcza w drugim) to wyśpiewanego (??, no może wy-krzyczanego??, też nie do końca) tekstu.
Ja tam się na takowej muzyce nie wyznaję, bo jak słucham, to niezmiernie rzadko, i jeśli już, to jest tych kapel poza wspomnianą niewiele. Ale skoro materiał dostałem i odtwarzam raz już n-ty, a co ciekawsze – podoba mi się, to i z serca polecam. A ci, co takich dźwięków namiętnie słuchają, zapewne utwierdzą czytających w trafności moich poleceń. Słuchać, chwalić i czekać na pełnowymiarowy debiut. Był demos, jest MCD – czas na pełnowymiarowy CD album.
GunterPrien (2013-06-11)

MASTEMA „The Murderer's Tale”,
10 maja 2013, Legacy-Records

https://www.facebook.com/MASTEMA.SZCZECIN

Już w pierwszych sekundach dostaję plaskacza… Tak centralnie i dla równowagi, z lewej potem z prawej. Plask, plask. I tak całe te 33 minuty. Jako, że lubię, no to ponownie wciskam „play” i zaczyna się.
Młoda to załoga, bo i z fotki to potwierdzają ale i z info na stronie pewnego portalu (nie radia) co ma coś z twarzą (nie, nie z ryjem) w nazwie. Choć przez tą nazwą była inna, więc doświadczenie część składu w rzemiośle ma. A i lista koncertów daje wyobrażenie, że skład jest ograny. No i to słychać.
Ja bym to styl określił wybuchową mieszaniną klasycznego death metalu i thrash, ale kogo to obchodzi i jakie to ma przełożenie na jakość muzyki? Żadne, a muza albo się podoba albo nie. I jak widać podoba się nie tylko mnie, bo ktoś zainwestował w materialny nośnik tych opowieści mordercy.
Dobra, po krótce: osiem kawałków najczęściej trwających 3-4 minuty. I dobrze. Dłuższe doświadczenie z takim nasileniem tak intensywnych dźwięków może okazać się nie do końca zdrowe dla ciała. Dlaczegóż to? A no dlatego, że jest najczęściej dość szybko, bywają zwolnienia, ale chyba tylko, by wprowadzić co nieco połamanych rytmów, tak by zwłaszcza perkusista pokazał na co go stać. A stać na wiele. Sekcja rytmiczna pięknie daje radę. No i są te piękne, już nieco wolniejsze deathowe pochody, gdy zagęszczenie riffów, wzmożone solidnym walnięciem w bęben i nisko nastrojonego basu. No ale potem musi być przyśpieszenie i krótkie, niespokojne i urywane riffy w górnych rejestrach. Ja tam magistrem od gitary nie jestem (ale od czego to się nie przyznam, bo rozrzut byłby dla większości czytających nie do zaakceptowania) ale najprostszymi słowy, wytłumaczyć to mogę drobnymi naleciałościami inspiracyjnymi z Gojira. Ale tylko drobnymi, bo te pochody, co już wcześniej wspominałem, przypominają mi wolniejsze parte z płyt Vader z najlepszych lat (czyli wczesnych), no ale to są daleko słyszalne echa. No i mi po prostu akurat te nazwy przyszły na myśl. Czy słusznie? Niekoniecznie, bo to tylko materiały pomocnicze. Wam pewnie mogą przyjść skojarzenia z innymi nazwami. A może z żadną? I tak to wszystko zaczęło się tak na prawdę dzięki Elvisovi (w ryja dam każdemu kto powie na NIEGO złe słowo) a potem naturalną koleją rzeczy ewoluowało (mutowało: bardziej zrozumiałe dla wyznawców muzyki gatunkowo mi obcej a obecnej w chwili obecnej w każdym
dostępnym medium), zyskując na swój czas powstania status muzyki ekstremalnej.
Co najlepsze wskazałem, teraz czas na chyba punkty zwrotne materiału. Chyba dość wyróżniającym się jest szósty a potem ostatni (celowo nie podaję tytułów). Odnoszę wrażenie, że na tym kawałku fascynacja francuzami jest bardziej słyszalna, ale i więcej połamanych riffów, za którymi nadciąga walec cięższej gitary rytmicznej. Ostatni, chyba planowo miał kończyć materiał. Chyba jest najmłodszym dzieckiem Pomorzan i poniekąd zapowiedzią dalszej ewolucji. Hmmmmm…. Jakby więcej w nim melodii, chwilami recytowane wokale, przestrzenna, klasyczna solówka – idealny kawałek na zakończenie show, gdy publika wymęczona pogo czy młynem w kotle (jak kto tam woli, ja już swoje lata mam a pióra mimo że jeszcze długie [kiedyś były dłuższe] to coraz słabiej zakrywają łysinę) ale szczęśliwa, jedzie na powoli ulatującej adrenalinie i już raczej myśli o części nieoficjalnej w przyklubowym barze. Heeeeeehhhhh….. Młode lata mi ta płyta przypomniała. Grało się inaczej – to fakt, ale wtedy tak ubóstwiany do nadal przeze mnie black metal się rodził. To wtedy też tak emanowało świeżością rodzącego się nowego…
Może ja nie wróżka-zembuszka, ale coś mi mówi, że ta nazwa obije się głośniejszym echem tu i ówdzie, bynajmniej nie tylko w ich rodzinnym Szczecinie.
GunterPrien (2013-05-25)
BESATT „Tempus Apocalypsis”,
6 lipca 2012, Witching Hour Prod.
https://www.facebook.com/666Besatt666

Daleką drogę przebył Besatt od pierwszych rehów przez rewelacyjne, w pewnych kręgach kultowe wręcz demo, ku kolejnym splitom, epkom i poprzez pełnowymiarowe materiały by po ponad dwóch dekadach służby w legionach Niosącego Światło, znaleźć się w miejscu, którego ukoronowaniem jest w roku dwunastym trzeciego millenium… Czas Apokalipsy.
Bynajmniej nie jest to nieuporządkowana i chaotyczna podróż ku conradowskiemu Jądru Ciemności, tak rewelacyjnie sparafrazowana (ruchomym) obrazem F. F. Coppoli. Ale zaprawdę powiadam wam – jest o podróż ku Ciemności, a nawet zanurzenie się w jej kojących odmętach.
Ostatnie jak na razie wydawnictwo bytomskiego Opętańca pod każdym względem jest perfekcyjne, więc nie znajdziecie tu przypadkowego dźwięku, niepotrzebnego brudu a więc nie ma tu szaleństwa i bezładu symbolizowanego osobą Kurtza ze wspomnianego dzieła. A właściwie z obu, bowiem tak bliski pierwowzorowi choć umieszczony w innych realiach i czasoprzestrzeni Opętany bohater Czasu Apokalipsy również nosił to imię.
 Ale jak zwykle popłynąłem. Choć nic w tym złego, bo muzyczna zawartość tego krążka to prawdziwa wojna!!! Taka, jak to przedstawił Coppola. Przynosząca ogień, obracająca otoczenie w zgliszcza. I nie piszę tu o idei wyrażanej w kolejnych tekstach jak i o walce o jej respektowanie (zwłaszcza w naszym jakże konserwatywnym społeczeństwie), którą niosący dumnie czarny sztandar Beldaroh konsekwentnie prowadzi od ponad dwudziestolecia. A teksty, choć są poświęcone w głównej mierze tytułowej wizji niejakiego Jana, którego (oczywiście) zwieńczeniem jest ostateczna bitwa (nie! nie Ragnarok, to nie ta bitwa, ale też kończąca), to są wymagające od czytelnika. Wymagające nieco oczytania, poszukania. Czyli nie dla wszystkich.
Ale i tak, jak to zwykle bywa – muzyka jest najważniejsza. Ci co znają radosną twórczość Opętańca od początku, docenią niezgorzej niż ja, jak potężnym krokiem naprzód jest Tempus Apocalypsis, a przecież już poprzedzający go pełny album był progresem. Co wymaga docenienia, Besatt nadal zachował tożsamość, bo nadal hołduje brutalnej muzyce. Nadal będąc częścią undergroundu pokazał niedowiarkom, że można z przyzwoitym brzmieniem i porządną produkcją przypieprzyć falą dźwiękową odbiorcy między oczy. Tak, by włączając po raz wtóry „play”, szczerze poprosił o więcej. Bo z piwnicy wyleźć należy, bo rozwój jest konieczny, bo kto się nie rozwija to tak naprawdę się cofa.
Te nieomal 38 minut to 9 kompozycji piekielnego wyziewu, raczących nas nade wszystko prędkością. Prędkością i ciężarem. Brutalnym ciężarem z rewelacyjnym brzmieniem, ale to nie dziwota, bo jak sobie poczytacie w booklecie kto siedział za konsolą i w którym studio, to stanie się to oczywiste. Tyle płyt co zostało nagranych pod czułym okiem i uchem jegomości którzy je stworzyli, tyle bandów co niejedną flachę w jego murach tam opróżniły… lata doświadczeń realizatorów i lata doświadczeń kompozytora musiały przynieść taki efekt.
A przecież, mimo rozwoju, który musiał przynieść ze sobą też i swego rodzaju zmianę stylistyki, od razu uważny słuchacz rozpozna że to właśnie Besatt. No, niewątpliwie charakterystyczny już wokal Bela jest znakiem rozpoznawczym, ale mimo wszystko, starym czasom należy oddawać hołd. I nie jest inaczej z moim faworytem, jakim jest umieszczony pod numerem 5 - Wojenne Wici (dobra, wiem, nieco ten tytuł przerobiłem, ale ma to swój urok). Noż cholera jasna, ten tak charakterystycznie dla wcześniejszych wydawnictw brzmiący swą melodią bass, to pulsujące tempo. Tak, to zdecydowanie ukłon dla starych czasów. Idealny kawałek na środek albumu.
Ze smaczków oczywiście wypada wspomnieć o rzadko spotykanych w brutalniejszym nurcie BM eksperymentach z instrumentarium, bo właśnie w moim faworycie usłyszycie trąby! No, może nie trąby zagłady (he, he, lubię ten cytat z ep Plaga) a i tak pewnie z uwagi na dość dyskretne wplecenie w całokształt, wielu nawet nie usłyszało. Aż ciary przechodzą, gdy sobie człek wyobrazi, jak by to na żywca zagrać i dać tym trąbom większe pole do popisu.
Wypada i rzec słowo o żeńskich (no to już częściej spotykane) deklamacjach w królowej Babylon dokonanych ustami pewnej damy, na co dzień sprawującej funkcję wokalistki w pewnej białostockiej formacji. Cudnie! To ona przyobleczona w purpurę siedzi na tronie. A i chóralne zaśpiewy też dość znanego na naszej scenie człowieka również dodają płycie blasku.
Grafika to też ważna rzecz, choć z niewiadomych mi przyczyn kompletnie ignorowana. Że ludziska nie czytają tekstów zdążyłem zauważyć (szkoda, bo wiele tracą), ale też i nie zwracają uwagi na zawartość książeczek załączanych do CD. A ta załączona do T.A. to prawdziwe dzieło sztuki. Też nie wnikajmy w nazwiska twórcy okładki jak i bookletu, podobnie jak i w nazwy kapel, którym wcześniej coś tam majstrowali. To jest do sprawdzenia jak kogoś interesuje. Jedno co wam powiem, to będzie wasz przewodnik podczas przyszłej wizyty w Piekle.
No dobra, tak opowiadać o swych zachwytach mógłbym jeszcze długo. Lecz nie tędy droga. Ta płyta to po prostu szarża byka, co tratuje wszystko na swej drodze. Nie ma zmiłuj, bo i nie miało być. To muzyczny soundtrack pod ostateczną bitwę naszych czasów, po prostu - instrumentarium od czasów zarzewia buntu i pierwszego starcia Lucyfera z Michałem się rozwinęło. Zresztą, nie tylko to. Bo o ile dobry miecz pozostaje zawsze użyteczny, to jednak spodziewajcie się też czołgów, śmigłowców i całego tego ruchomego żelastwa. A wewnątrz kokpitu, sprzęt audio pierwsza klasa, więc czemóż by gnając kilkudziesięciotonowym stalowym demonem, nie zapodać sobie Tempus Apocalypsis? W Czasie Apokalipsy podczas szturmu grali Taniec Valkyrii…
GunterPrien (2013-05-26)
JARUN „Wziemiozstąpienie”,
1 pażdziernika 2012 (Self-released)

https://www.facebook.com/jarunband

Scena krajowa nam się rozrasta. Świat to widzi. Jest jedną z najlepszych na tej planecie. Krakowska jest najprężniej działającą w kraju. Dlaczego? Można by pospekulować, ale nie chce mi się.
Tak czy inaczej, Gród Kraka, a więc przełożonego pewnego szewca, co to smokowi zaoferował rozrywkowej karmy, wydał na łono ziemi kolejną formację (krakowsko-nowosądecką). No, ta nieco inaczej brzmi (przynajmniej na tle mi znanych), bowiem zawiera w sobie co nieco folku – takie info zaczerpnąłem z serwisu, co to laurki zespołom z całej planety wystawia. Muzycznie chyba, choć nie potwierdzę, bo na muzyce etnicznej znam się tyle, co zobaczę jakiś radosnych krakowiaków odstawiających taniec-opętaniec. Piórko pawia w czapkę i na tym moja znajomość folkloru się kończy. A jak popatrzę na fotkę ludzi ze składu, to jakoś dziwnych kufajek i czap z piórkiem nie widzę. Chłopaki normalnie jakoś, jak to w 2013 przystało ubrani. Więc tu pewnikiem chodzi i o warstwę tekstową i muzyczną.
Zapewne, bo polskojęzyczne teksty przyciągają ucho, ale wszystkiego się nie wychwyci. A booklet ich nie zawiera. Przynajmniej moja wersja. Ale za to jest on ładny, taki jesienny. Ale ni cholery nie jest to gothic/doom, tylko dlatego, że fotka wielkiego liścia dębu tam się pojawiła. Ale skoro na okładce mamy fragment totemu z bóstwem co to kiedyś zwierzchnie tym ziemiom było (nie, nie Sventevit, nie on), no to co? Oczywiście że jest to przedstawiciel zapomnianego już chyba (a szkoda) u nas ruchu pagan black metal.
Jak zwał tak zwał, bo te szufladki i tak zaprowadzą do nikąd. Kto lubi to posłucha, kto nie lubi to nie posłucha. A już od pierwszego łupnięcia charakterystycznie wplecione w całokształt dźwięki klasycznej gitary (wiecie, brzmienie pudła, które niekoniecznie musi być na pudle osiągnięte) nadają kolorytu. Jak kto jeszcze pamięta płytę Grom, wiadomo kogo (a może nie wiadomo, niektórzy mogą nie
kojarzyć takiego wcielenia tych o których wspominam a nazwy nie podam), to od razu podchwyci o co mi chodzi. W latach 90.tych było tego typu brzmień więcej. To była nasza odpowiedź na norweską drugą falę. Dobre, bo polskie. Choć na kasetach i płytach takich nalepek nie znajdywałem. Poza tym, jest całe instrumentarium potrzebne do muzycznego przedstawienia potęgi pierwotnych sił natury, zaklętych w potężnych dębach, co swymi konarami dawały millenium temu cień tysiącom wojów, co odpierali ataki hord nieprzychylnych naszym plemionom chamów…
No ok, chamy przychodziły, zostawały, dostawały łomot, wracały… historię znamy i nad nią płaczemy, ale rozważamy nad muzą.
Utwory są niejednolite, co powoduje że mimo zamknięcia w ramach nurtu, który ja określam jak to kiedyś bywało: pagan/black, materiał zachęca, na pewno nie nudzi. Raz jest szybciej, raz jest wolniej, jest sporo zwolnień, jest to charakterystyczne brzmienie, osiągnięte poprzez wyeksponowanie brzmienia talerzy. No bo nic tak tu nie pasuje, jak efekt gdzieś daleko stąd trwającej ulewy. A i wplecione między utwory sample z efektem deszczu, wspaniale spajają utwory w całość. No, potem temu deszczowi towarzyszy odległy grom…
Na wstępie jest agresywniej, niż w dalszych momentach płyty. I właściwie tak są skomponowane utwory, bo po mocniejszej partii, nadchodzą najczęściej zwolnienia, by potem ponownie przyspieszyć, by zwolnić... Jest dużo melancholii, bo gitara, troszkę schowana w tle, roztacza nad nami takie właśnie smutne brzmienia. A jak zagra solo, to ciary po plecach przelatują, bo nie jest to ściganie się z wichrem, ale z nastrojem. No i teksty. Brak w booklecie (cholera jasna, czy tylko ja mam taką wersję?) bardziej zachęca do ich odnalezienia w przepastnej paszczy sieci albo po prostu do uważnego się wsłuchania. A te są poświęcone potędze żywiołów, a przynajmniej tyle o nich powiem, bo tyle wychwyciłem. Ale są do tego napisane w formie wierszy, a to już stawia je w moim osobistym rankingu dość wysoko.
Jak by trzeba było znaleźć jakąś podobnie brzmiącą kapelę, ja bym przytoczył od razu Nokturnal Mortum, boć i oni grają metal z folkiem, no tyle że ukraińskim. Ale że ja folklorów nie odróżniam, to ze spokojem bym obie te załogi na wspólnej scenie chętnie zobaczył.
Gunter Prien (2013-05-26)
IN SILENT „Potępienie”, 25 maja 2013 (self-release)
https://www.facebook.com/pages/In-Silent/144051922326331

Doczekałem się. Wreszcie. Krajowa komanda death metal, polskojęzyczne teksty, które są zrozumiałe nawet bez książeczki z tekstami przed oczyma (niestety mam e-promosa, ale z każdym odsłuchem upewniam się że trzeba wejść po premierze w posiadanie materialnegonośnika), intensywne, może niekoniecznie odkrywcze, ale przepełnione świeżością brzmienie.
Ok, muza zamknięta w ramach gatunku, któremu hołduje, ale to nie zarzut. Zresztą, przy debiucie to jak najbardziej wskazane. A na pewno materiał skomponowany z pomysłem na własną tożsamość, sprawnie nagrany. Skład do tego zgrany. Czyli? Ograny na niejednej próbie, na z pewnością kilkuset (no może mniej) koncertach. Horda istnieje od 1996 a
ten debiutancki (niestety niewiele ponad 22 minutowy, a chciało by się więcej) materiał poprzedziły cztery demosy. A przecież lata 90te to nieco inne realia. Zmajstrowanie demosa na czterośladzie w okolicznym DK-u czy inwestycja w studio, to było coś!! Nie było jeszcze programu FL STUDIO (info dla pokolenia lat 90tych i późniejszych). A z załączonej do promosa notki wynika, że były to materiały nagrane w studiach.
Zerknięcie na fotkę daje jasną odpowiedź – jest to kapela w głównej mierze ludzi wytrwałych w swych gustach, mimo upływu czasu, mimo obowiązków (pozaszkolnych, he he), nadal grających swoje bo i słuchających SWOJEJ MUZYKI!
Dobra, do meritum. Dwadzieścia dwie minuty i 19 sekund deathmetalowej napierdalanki ze zmianami temp. Selektywna sekcja rytmiczna (podstawa, bez tego albumy nie brzmią), sprawni gitarzyści, potrafiący wycisnąć z instrumentu jak trzeba porządne solos, a jak nie trzeba – soczyste jak mięcho upolowanego właśnie mamuta mięcho. No… materiał ocieka wprost. Ale nie krwią, bo nie ma tu prostackiego przekazu o zombialach (nie to żebym nie lubił, wszakże filmotekę mam pokaźną a i literaturę z tego zakresu hołubię) czy gwałcicielach, mordercach (przy okazji: pozdrawiam mr Dahmera). O ile w przypadku metalu nierozsądnie jest mówić o moralizatorstwie, bo chyba zawsze chodziło o świadomość wyboru własnej ścieżki, to tutaj teksty są na wysokim poziomie. No - nie chodzi raczej o to, że Mickiewicz został przywołany w kręgu nekromanty by napisał co nieco na potrzeby chłopaków. Nie jest to wszakże poezja śpiewana. Co to, to nie. Ale niedosłownie, niebezpośrednio, ale piętnują one brud który dotyka (lub dotykał, vide najbliższy mojej osobowości numer trzy na tym materiale) nasz kraj, który częstokroć dzięki mediom zyskuje status czegoś większego, niż to czym jest. Ale, to już zapraszam do poczytania, albo do posłuchania, bo wokalista mimo charakterystycznego growlu, zachował wyrazistość i czytelność przekazu, co według mnie uatrakcyjnia ten album (a może ep?).
Cudze chwalimy a swego nie znamy...
W natłoku mrowia wydawnictw, ten właśnie błyszczy na naszym deathmetalowym poletku. Nie trzeba grać najszybciej i najbrutalniej pod słońcem, nie trzeba mieć najbardziej chamskiego brzmienia i plugawych tekstów by być zauważonym. A żeby zostać docenionym przez słuchaczy trzeba czegoś innego – pasji!! A tego tu jest od cholery i jeszcze więcej.
Jak wasze ulubione e-shops będą miały to mini w distro, zainwestujcie te kilka talarów!
GunterPrien (2013-05-25)
OV PLAGUES "Ashed", 06/06/2013 by Seven Gates of Hell
https://www.facebook.com/OvPlagues

Szósty dzień szóstego miesiąca (ach, te szóstki) bluzgnie w oczy prawowiernych popiołem. Popiołem plag… sześciu plag, a jak.
To jedynie 18 minut, ale jakże intensywne 18 minut. Panowie i panie co na okolicznych OIOM-ach pogrążeni w morfinowych majakach imprezujecie orbitując w Międzyświecie, przy tych dźwiękach od razu zostaniecie ściągnięci w dół… do Piekła. Ale kto wam wmawia
że tam będzie gorsza imprezka? Tego rodzaju dźwięki stawiają na nogi, nie da rady przy nich usiedzieć.
Czarna jak smoła z dupy Szatana, black metalowa rzeźnia już w dacie zapowiedzianej będzie do nabycia za jakąś przyzwoitą garść miedziaków (nie, do cholery, nie „Za Garść Dolarów”) i pozwoli dzięki waszym odtważarkom pogwałcić zmysł słuchowy co bardziej nieobytych sąsiadów. Cztery bluzgi w języku Shakespeare’a plus jeden w ojczystym i tytułowe outro. Niby niewiele, ale więcej jak na debiut wam (i mnie) nie trzeba. Powraca dzięki hordom z podziemia chlubna tradycja majstrowania malutkich, niespełna lub nieco ponad kwadransowych wydawnictw. W czasach winyli miało to sens zwać się ep, podobnie jak singlem płytka z jednym utworem na stronie A i jednym na stronie B. Czasy się zmieniły, formaty wariują ale nazewnictwo pozostało. Pies (pewnie Cerber) to drapał bo ni cholery nie wpływa
to na jakość tego co proponują nam szatany z Ov Plagues. Lepiej wydać 18 minut dopieszczonego na licznych próbach materiału niż przydługi album, który w połowie wpada w ucho lewe a prawym wypada. Muza spopiela, tak jak to zapowiada tytuł. Niestety promoski mają to do siebie, że nie posiadają tekstów, ale 5 przez 10 zrozumieć można co miał podmiot liryczny do przekazania i nie są to na pewno hymny pochwalne ani idylliczne opowieści o pięknie pomorskich lasów. Ale po szóstym zakupić będzie można i z tekstami się zapoznać. A i tak muzyka jest w tym wszystkim najważniejsza.
Jeśli trzeba by było wskazać wielkich sceny, do których można porównać tę radosną twórczość, to na pewno od razu ciśnie się tu na usta Marduk. A jak!!! Zwłaszcza wczesne jego wcielenie. Nie ma zmiłuj! Jest rzeź! Żadnych zwolnień ani na chwilę. Żadnych melodyjek, żadnych klawiszy. Czysta nienawiść. Raw Black Metal!!! Siódme Wrota Waszego przyszłego siedliska (wiecie – ognisko domowe, tzn. ognisko pod waszymi osobistymi kociołkami) nie wydają zbyt często materiałów, ale jak już coś zaproponują, to
jest to coś co mieć warto. I coś mi mówi, że wasz przyszły gospodarz mieć ten MCD będzie. I jak zapoda na przywitanie, to się nie zdziwcie…
Gunter Prien (2013-05-14)
DIABOLICON "The Course of The Black Light", 2013 by Putrid Cult
http://www.myspace.com/diabolicon666

Jak to w undergroundzie ostatnimi czasy bywa, kilka mniejszych firm wydawniczych połączywszy swe siły, wspólnie postawiły na czarnego konia. I tak to jest i w przypadku tego CD. DIABOLICON znany już z debiutanckiej EPki (czyli praktycznie nieznany, bo w Polsce to jest niemalże nieosiągalny rarytas) jak i z kawałka z recenzowanej gdzieś tutaj kompilacji Silesian Black Attack (co ciekawe, jest to utwór nagrany znacznie później niż materiał na ten album, choć ujrzał on światło księżyca dosłownie chwilę temu), zaserwował nam nieomal 40 minut dzikiego black metalu w tradycyjnej konwencji brudnego i obskurnego speed thrash z rebelianckimi (aczkolwiek nie tylko) tekstami. I choć jest to muza zdecydowanie dla elit (no dobra, chodzi o to, że nie jest to ogólnie znany trend muzyczny, znany choćby i niezaznajomionym z metalem, czyli nie usłyszymy tu Dimmu Borgir, zdecydowanie nie), to nie jest ona prymitywnym hałasem, jak wielu by tego typu wydawnictwa chciało sklasyfikować.  Mimo swej surowości i częstokroć bezkompromisowości, muzyka wypływająca ze Źródła Czarnego Światła nie jest pozbawiona melodyki i gitarowych solówek (no, co by nie mówić, black metal w pewnej korzeniami sięga klasycznego heavy metalu). Jest niewątpliwie selektywnie nagrana, ze starannością, której częstokroć wielu podobnym płytom muszę odmówić. Sekcja rytmiczna jest idealnie słyszalna, przy czym w żadnej mierze nie zagłusza klasycznie przecież wyeksponowanej na pierwszym planie gitary. Wokalista choć przekazuje swe mroczne treści z charakterystyczną dla gatunku ekspresją, to są one (o dziwo!) możliwe do skonfrontowania z tekstem zawartym w czarno-białym (a jakże! głównie czarnym, z białym drukiem i retuszowanymi na kształt negatywu fotami) booklecie. Choć o ich treści nie czas a na pewno nie miejsce, zwłaszcza, że dotyczą one nie tyle buntu i filozofii, co i wiedzy, która nie bez powodu bywa nadal nazywana tajemną. Kto zechce przeczytać, to i dotrze do właściwych źródeł i zrozumie je po swojemu. A przynajmniej takowa żywię nadzieję. Bo dla kogo istotna jest sama muzyka, to najprawdopodobniej już pierwszymi dźwiękami powinien być zainteresowany, jeśli po prostu takiej muzyki słucha.
Jeśli by należało przyrównać ten wulkan muzycznej energii do jakiegoś chlubnego poprzednika, to ze zrozumiałych przyczyn musi tu paść nazwa Besatt. Jednak jest to band byłego członka tejże zasłużonej dla krajowej sceny hordy. A że był on tam i wokalistą a i bywało że i gitarzystą (bo i perkusistą też), oczywiście, że pewnych skojarzeń z płytami powstałymi w okresie „członkowstwa” uniknąć nie sposób. Ale nie jest to nic innego, jak po prostu to samo, wytrwałe spojrzenie na formułę black metalu, którą Besatt już wyczerpał i podążył tą ścieżką nie oglądając się za siebie. Można znaleźć tu i dalekie echa kultowego MayheM. Te podobne brzmienie basu, tworzącego tę niesamowitą, wręcz opływającą duszną ciemnością atmosferę. Dudniące i tętniące potężne brzmienie, niczym z dna studni, jakby rytualny bęben. Patent - jakże podobny, zastosował i śląski Turpista, że nie wspomnę o piekielnikach z Cultes des Ghoules.  No właśnie. Te nazwy nie pojawiły się przypadkowo. Bo i one, jak i Diabolicon, mimo klasycznego instrumentarium, mimo klasycznego spojrzenia na tę formę, jakże ukochanej przeze mnie Sztuki – dokonując jakże prostego, a zarazem nowatorskiego zabiegu odwrócenia pierwszoplanowości dźwięków generowanych przez skład, uzyskali niesamowity efekt. Efekt zanurzania się gęstej jak piekielna smoła atmosferze. Atmosferze tak hołubionej przez blackmaniaków nocy.
I nie trzeba być magistrem od jakiegoś tam wybranego instrumentu, by stworzyć dzieło wielkie a zarazem proste. Osadzone w sprawdzonej już po tysiąckroć formule. Po prostu trzeba wierzyć w tworzone przez siebie dźwięki. Ale tez i je skierować do uwielbiających je odbiorców. Czy płyta ta sprzeda się w milionach egzemplarzy? Wątpię, bo i pierwsze tłoczenie nie przekracza chyba tysiąca a
realia obecnego rynku muzycznego znamy wszyscy. Ale nie ilość opchniętych nośników nośników świadczy o wartości jego zawartości.
Gdyby należało by stosować tu oceny szkolne, ja daję chłopakom szóstkę. Choć zgodnie z ideą przyświecającą przekazowi (a okładka to tłumaczy wystarczająco), to nawet i trzy szóstki...
GunterPrien (2013-05-13)
HATE “Solarflesh: A Gospel of Radiant Divinity”, 2013
https://www.facebook.com/HATEOFFICIAL

I oto, po raz kolejny słowo w ciało się przyoblekło. Słowo wyartykułowane z należną dla tego gatunku muzyki ładunkiem agresji. Agresji kontrolowanej.

Ewangelia promieniejącej boskości… złotoustego wędrowca nieboskłonu.
Hate kolejny raz udowodnił, że coroczne wydawanie nieprzemyślanych płyt, przywilej przynależny kapelom związanym zbyt ambitnymi kontraktami z wytwórniami zajmującymi się już nie promocją Sztuki a ładnie opakowanego wtórnego zlepka przewidywalnych dźwięków – to zły pomysł. Na szczęście komandy pod przywództwem ATFS ten problem nie dotyczy. Bo na ten krążek poczekać należało nieomal trzy lata. A i wcześniej również chłopaki nie rozpieszczali nas częstotliwością wydawnictw. I bardzo dobrze. Bo mamy materiał doskonały w każdym jego elemencie. Dopieszczony, ograny, stworzony z dbałością o każdy, najmniejszy nawet detal.
Przetasowania personalne których świadkami słuchacze są od pierwszych już wydawnictw, jak słychać nie przekładają się na obniżenie jakości oferowanych nam dźwięków (i nie tylko, bo płyta [nie ważne w jakim formacie] to zawsze coś więcej niż sama muzyczna zawartość). Adam jak na herszta przystało, wiedzie swą nienawistną (he, he – nazwa zobowiązuje) załogę - ściśle określoną ścieżką, ku jasno określonemu już chyba kilka ładnych lat temu celu. Ograniczenia techniczne wynikające z wieloletniego opanowywania kolejnych tajników instrumentarium zanikają. I choć obecne możliwości studia oferując możliwości niedostępne w 1992 gdy Hate splunął w twarz światłu swym pierwszym demosem, to tutaj słychać z każda płytą coraz doskonalsze umiejętności kompozycyjne, coraz większe możliwości ich zespołowego odegrania, by dopiero na samym końcu zarejestrować, powielić i posłać w świat, niosąc mu złą nowinę na wersach pieśni zagłady… dobra, dobra, jak zwykle zagalopowałem się.
Ale co tu dużo się rozwodzić, etap rozpoczęty już na „Awakening of the Liar” sprzed dekady, kiedy warszawiacy wyzwolili się z wyczuwalnej inspiracji deathmetalowych mistrzów zza oceanu (tylko kurwa niech nikt nie pyta zza którego, bo to było by niepoważne), którzy kreując gatunek w wielu przypadkach (no, bo jednak nie dotyczy to wszystkich hord, których nazwy jednak najzwyczajniej okryjemy całunem milczenia) po prostu zatrzymali się w rozwoju, do znudzenia nagrywając kolejne klony swych najlepszych dzieł z początku lat dziewięćdziesiątych, konkretnie kontynuowany, zaprowadził nas w roku 2013 do etapu „Słonecznego cała”. I już „Erebos” powodował, że zadawałem sobie pytanie – czy starczy pomysłów? Czy kolejna płyta będzie tylko bladym zwierciadłem wyeksploatowanych do granic wyobraźni patentów z jej poprzedniczki? Czy w death metalu można nie tracąc rozmachu kompozycyjnego i agresji tak potrzebnej w tym stylu jeszcze pokombinować nie wpadając tak naprawdę w inną stylistykę? Bo jak zachowają się w takim przypadku twardogłowi „true” to wiadomo, niejedna horda po takich eksperymentach przez lata ścierała plwocinę „prawdziwych znawców” ze swych twarzy, zwłaszcza od czasu spopularyzowania internetowego środka przekazu.
Hate nie zawiódł. Stworzył agresywną ale i selektywną w każdym dźwięku death metalową płytę. Klasyczną może nie do końca, bo daleko słyszalne zabawy z elektroniką już od co najmniej trzech wydawnictw trwają. Ale bez obaw, nie jest to przejście w industrial czy gothic (a już takie pierdoły wyczytałem na ten temat już w przypadku Erebos).
Nadal jest to muza nie do tańca. Odznaczająca się zróżnicowaniem temp, rewelacyjnymi solos i potężnym wokalem jak z dna studni. I nie sposób wyodrębnić lepszego kawałka nad inne, bo takiego po prostu nie ma. No dobra, może poza tymi dwoma z trzech, co to niby są bonusami, ale jakoś wersji podstawowej bez bonusów nie zarejestrowałem. Te co to nie mają nić wspólnego z metalem. Ale budują klimat. No właśnie – klimat. To jest to, czego wielu płytom metalowym brakuje. Niestety – coraz częściej. Bo poprawnie i technicznie zagrać coś, co przejdzie bez echa coraz więcej kapel potrafi. Od szlifujących piwniczne otchłanie (teraz to chyba nie piwniczne, bo płyty nagrywa się na PCtach w programie FL Studio J) po kiedyś [z wielkim naciskiem na słowo: kiedyś] wielkich sceny. Muza z Solarflesh ma swój niezaprzeczalny charakter i klimat, potęgowany ze smakiem wplecionymi żeńskimi wokalizami w otwierający i kończący podstawową (he, he, jasne, jasne) część płyty. A odgłosy te wydała ze swych perłowych ust ta sama dama, co tak ubarwiła ostatnią płytę Pandemonium. Umiejętnym przechodzeniem w ramach jednej kompozycji od ścigania się z samym Diabłem po finezyjne wręcz dryfowanie po oceanie uniesień, jakie co ambitniejszym zaserwuje literatura niebanalnych (co zresztą już od dłuższego czasu jest standardem w przypadku Hate) tekstów). Tekstów pełnych metafor, częściowo i do zrozumienia i dla tych, co nie władają wiedzą ogólnie (że użyję eufemizmu) nie popularyzowaną. Ale i w tym tkwi ich siła, bo dobry tekst, to taki, który będzie mógł zinterpretować każdy po swojemu, a poziom wiedzy tylko rozszerzy ewentualne granice tejże.
Nie można zapomnieć i o pięknej szacie graficznej, bo mimo iż niekoniecznie poraża oczy jakimiś przesadnymi bajkowymi rycinkami, to zawiera to, co powinna – teksty, odpowiednio spreparowane zdjęcia członków zespołu oddające tychże ducha tekstów, jak i dyskretnie wypełniające tło grafiki uzupełniające całość.
Być może, że jest to już płyta roku jeśli idzie o death metal. Polecam jak jasna cholera!
Gunter Prien (2013-05-11)
ZORORMR „IHS”, 2013 Seven Gates of Hell
https://www.facebook.com/zorormr

Siódmy Krąg miejsca gdzie chyba wszyscy konsekwentnie zmierzamy, uraczył nas w trakcie oczekiwań na
potępienie i wszystkie z tym związane (a jakże – sadomaso) atrakcje kolejną porcją solidnej czarnej polewki.
To drugi już od początku istnienia już wyziew mrocznych wizji opolskiego projektu. Co podkreślenia wymaga – jednoosobowego projektu. I bardzo dobrze, jedna osoba, jedna wizja, jeden (mniej lub bardziej) konkretny cel. No, nie wiem co ma na celu niejaki Moloch, ale z pewnością nie jest to nauka tańca. Ale też i niewątpliwie nie jest nim szokowanie praworządnych czy prowokowanie twardogłowych „true maniacs” (czy jak tam się lubią zwać) do krytycyzmu.
Dlaczego? Ano dlatego, że mamy do czynienia z klasycznym raczej w swym wydźwięku materiałem, bardziej bliższym greckiej niż skandynawskiej szkole black metalu. Ale definicje to pozostawmy filozofom od krytyki, co kontemplują jedynie słuszne, bo własne tezy malkontenta. Bo jak komuś się ma ten Cd spodobać (nie, nie chodzi o dysk z dziurką w środku i zachwyt nad nadrukami na jego powierzchni ale o zawartość) to i tak się spodoba, niezależnie od tego z jaką hordą którą wprowadziła go w ten rodzaj muzy się skojarzy. Ale czy powinien? No, na tle mnogości materiałów sprokurowanych na przestrzeni ostatnich dwóch i pół dekady chociażby, to pewnie coś się tam każdemu w głowie pokotłuje niczym w garze trzech wiedźm nad smutnym przeznaczeniem Makbeta debatujących. No i pięknie. Ale my o muzie popiszmy.
No i jest szybko, no i jest wolniej, no i są klawisze… ło zgrozo!! No ale zastosowane z rozsądkiem, bardziej dla uzyskania klimatu, by zapełnić dźwiękowe dziury potrzebnymi przestrzeniami. Bo gitarowo materiał radzi sobie pierwszorzędnie. Jest łupanie ale jest też i popis umiejętności, bo są monumentalne wręcz pochody gitarowych popisów i wokalnych tyrad, na tle których wciąż pobrzmiewają owe klawisze. Materiał na pewno nie jest jednolity, tak – cechuje go właśnie różnorodność. Nie jest przewidywalny. Nie jest to jakże często spotykana łupanka w jednym tempie i z kilkoma przejściami na perkusji co miało by świadczyć o wybitnym warsztacie. W jednym kawałku bywają ciągle zmiany temp, nieźle radzący sobie z (diabelskim, a co) przekazem wokal. Choć niewątpliwie brakuje mu tej potrzebnej w tym gatunku histerii graniczącej wręcz z (tak, tak) opętaniem przez (jakiekolwiek, bo niekoniecznie zaraz złe) moce. Ale świątynne wręcz inkantacje zapodane w środku trzeciego w kolejności (nie podam tytułu, poszukajcie sami) od razu dają czytelny znak, że kompozytor ma wyobraźnię i z niej korzysta. Są w dziewiątym (dziewiątka w tym przypadku ma znaczenie, ale zapraszam do literatury) wręcz dające skojarzenia z przełomowym okresem w twórczości Samael wstawki, ale tak dla smaczku, na początku by od razu przejść do tego, co Zorormr wychodzi najlepiej – intensywny i przestrzenny solos, patetyczny pochód (nie pierwszomajowy) z klawiszami w tle a potem napierdzielanka.
I takich historyjek mogę spłodzić jeszcze kilka bo na te niemal 43 minuty przypada jedenaście (i znowu ta magia liczb) utworów. Ale po co mam słowem opisywać to, co zostało wyrażone dźwiękiem? Ja ze swej strony polecam, wydawca raczej też, twórca na pewno, dystrybutorzy co w distros mają CD zapewne też. A fani gatunku się nie zawiodą. Choć jeśli ktoś jedynie MayheM z wczesnego okresu preferuje to raczej mu nie podejdzie…
GunterPrien (2013-05-11)
DORMANT ORDEAL „It Rains, It Pours”, 2013
https://www.facebook.com/dormant.ordeal

Ulewny Deszcz Uśpionej Traumy...
Dwanaście aktów. Dziewięć niemiłych opowieści, dla wątpiących w cokolwiek dobrego.
Od pierwszych sekund pierwszego kawałka (no, drugiego jeśli policzymy i introsa) mamy do czynienia ze skomasowanym deathmetalowym atakiem na wasz ośrodek słuchowy. Nie jest to jego klasyczna formuła, raczej ta osadzona w nowoczesnym brzmieniu. I wyłączając introsa otwierającego płytę jak i dzielącego ją na dwoje i (a jakże) kończącego całość, mamy do czynienia z dziewięcioma porcjami solidnego łupnięcia. Aczkolwiek można odnieść wrażenie, że druga część materiału (czyli po drugim introsie, coś jakby druga połowa materiału) to jakby nieco bardziej stonowana muza. Może nieco wolniejsza, ale na pewno nie mniej intensywna.
Nie będzie tutaj jakiejś niepotrzebnej zabawy z solosami (jak się pojawiają to tylko jako smaczek, ale i
to też nie za często, by nie rzec, że niezauważalnie i dając ciekawy efekt wypływania z całości ściany dźwięku) i indywidualnymi popisami instrumentalistów. Do tak intensywnej fali dźwięków to by po prostu nie pasowało. Mamy tu zatem do czynienia z wybuchowym zaczynem (nie zacierem, to nie spirytusowe jazdy) całego instrumentarium, głównie jednak na średnich tempach, bardzo często zwalniających jak i przyspieszających. Na tle tego nieustanny pochód ze zmianami temp wybijanych stopami jak i na obijanych werblach (taaaa, stary ale jak zawsze w death metalu aktualny patent Pete’a Commando Sandovala…) połączony ze zmianami tempa wygrywanymi przez zgrane duo gitarzystów (dupa tam, w składzie jest jeden, ale w studio można pokombinować; a i bass chodzi jak marzenie, jak trzeba to wspomaga jako sekcja rytmiczna a jak trzeba to słychać klangowanie współgrające z gitarą). No i do tego dołączony(e) jest(są) rozhisteryzowany(e) wokal(e) (a swoją drogą jestem ciekaw jak długo na koncercie wokaliści [bo jest ich dwóch] dali by rady jechać na takich rejestrach) wykrzykujący(e) dość pesymistyczne teksty. Ale za to jakże wizjonerskie (niczym Sybilla, te sprawy…) a zarazem inteligentne.
A najciekawsze w tym wszystkim jest to, że jest to wydawnictwo od początku do końca stworzone zarówno w sferze muzycznej jak i materialnego wydawnictwa, przez sam zespół. Fajna rzecz posiadać to CD. A jak dotąd Kraków to mi się tylko z rewelacyjnymi hordami black metalowymi kojarzył… Świat mnie czasem jeszcze zaskakuje czymś pozytywnym.
(Gunter Prien 2013-05-04)
LOST SOUL "Genesis: XX Years of Chaos", 2013 Witching Hours
https://www.facebook.com/lost.soul.poland

I oto trzymam w łapkach piękny, dwupłytowy box, tak w sam raz wydany na dwudziestotrzylecie istnienia, co by uczcić jego dwudziestolecie. Bynajmniej nie istnienia a okres licząc od powstania, bo po drodze bywało, że się rozpadali. Zwłaszcza w ostatnich latach, ale co z tego.
Teoretycznie zmiany składu(ów) powinny źle wpłynąć na kapelę (jak se kto fotki wewnątrz poogląda to będzie miał wyobrażenie o zmianach). Wiadomo – jeden organizm w którym jednakże jest wiele świadomości, zmienisz jeden składnik i już jest coś jakoś inaczej. I ten co obserwował zmiany składów mógł mieć pewne wątpliwości, ale i tak każda kolejna płyta wychodziła obronną ręką. Ba – każda kolejna płyta tą ręką dawała solidnego plaskacza prosto w twarz. I nie inaczej jest z „Genesis: XX Years of Chaos”, choć nie mamy tu do czynienia z nowym materiałem. Ale za to z nagranym na nowo, no przynajmniej na pierwszym z dysków, bo drugi to taki „the best of(f)” czy jak to tam zwał. O ile wpakowanie tam kawałków z pełnych i ogólnie dostępnych albumów jest albo nieporozumieniem albo robieniem na siłę minutażu, to umieszczenie materiałów z demosów i pierwszych splitów to już rewela, aczkolwiek szkoda że poza pierwszym demos, materiały nie są kompletnymi. Ale cóż, taki był zamysł (współ)twórcy(ów) tych materiałów.
No dobra, już wiemy że dysk drugi to nas nie interesuje skoro recenzujemy nowe wydawnictwa a dysk pierwszy to nagrane na nowo materiały sprzed lat. No i ponoć miały być one nagrane w „duchu demosa Eternal Darkness”. Nie wiem co to znaczy bo brzmienie na pewno nie jest chujowe jak by to ktoś uwiecznił na starym szpulowcu na cztery ślady w lokalnym MDK-u w 1992 roku. Jest za to mięsiste, porządne death-metalowe łupnięcie. Kompozycje podrasowane, nieco też i przearanżowane. Tak dla porównania niektóre nowo nagrane kawałki są w pierwotnych wersjach, więc łatwo porównać. Jest też i na nowo nagrany kawałek z ostatniego długograja (jaki to nie powiem, kupcie box i posłuchajcie), nie mniej potężnie zagrany niż na „Immerse…”, są też i dwa kowery, jeden kultowej i jakże ważnej dla rozwoju metalu komandy (przynajmniej kiedyś) ale i jednej, kompletnie nie związanej z gatunkiem załogi. Ale bez nazw, bo nie to powinno być argumentem za wymianą między wami a Bartem talarów na cedeki.
Dla wielbicieli nazwy, po prostu pozycja która mieć należy, bo w końcu to kolejne wydawnictwo mniej lub bardziej ulubionej załogi. Dla wielbicieli gatunku, zwłaszcza dla nich – to ponad dwie godziny death metalu na światowym (tak, tak) poziomie. Techniczne granie, gdzie nieodzownym elementem kompozycji jest solos. Gdzie ciężar riffu nie pozwala ani na chwilę zapomnieć że to nie jest muza do tańca (tytuł pierwszego splitu zobowiązuje – he, he. No chyba że kto wskoczy w młyn pod sceną, to tak…). Gdzie wokalista dowodzi, że to nie jest rejestracja z próby chóru. Gdzie sprawni muzycy nie pozostawiają ani skrawka niewypełnionej ciszy, gdzie nie ma fałszywego czy nieprzemyślanego dźwięku. Jest za to od cholery muzy z pazurem, która dupę urywa, z porządnym brzmieniem.
Zatem pozostaje już tylko czekać na kolejny, regularny album.
(GunterPrien 2013-05-02)
DEATH TYRANT „Opus de Tyranis”, 2013 Non Serviam Records
http://www.facebook.com/deathtyrant.official

Oto debiut Vikingów ze szwedzkiego Vänersborg’a daje nam jasny przekaz, że orkiestralny BM to nie tylko sławiący dobre imię sąsiadów z Norwegii Dimmu Borgir.
Muza już od pierwszych taktów openera w postaci wzniosłego wręcz w nastroju The Awakening of Sleeping Gods to zaiste przebudzenie śpiących Bogów przy akompaniamencie bijącego dzwonu. Już od pierwszego dźwięku Szwedzi postawili na budowanie klimatu z którego dopiero uderza w nas skomasowany dźwięk typowo blackowych gitar i jakże charakterystycznego dla tego gatunku charkotu, by już po chwili płynnie niemalże przejść na deathmetalowe, nieco natchnione, techniczne i melodyjne granie, rodem z płyt ich wielkich poprzedników z Hypocrisy. Ale ciągłe zmiany temp i momentami przechodzące w furiastyczny blast naparzanki perkusisty w drugim utworze – Pandemonium, dość szybko oddalają od nas to skojarzenie. I bardzo dobrze, bowiem oryginalność pomysłów w dość oklepanych standardach ogólnie pojętego rock and rolla w chwili obecnej najczęściej sprowadza się do umiejętnego łączenia elementów już sprawdzonych.
I oczywiście mamy tu do czynienia także i ze zwolnieniami, bo już trzeci, jakże melodyjny i chwytliwy Ixion - The Fallen Kings of the Laphits, to przemyślany w każdym momencie, dający miejsce dla popisu każdego z instrumentalistów track a tryskający wręcz emocjami solos przyprawia o gęsią skórkę.
I można by się tak bawić opisami wszystkich zmian temp, popisów gitarzysty (no, basista niestety nie dostał tej szansy, choć sekcja rytmiczna robi tutaj wszystko to, co do niej należy, by materiał brzmiał
porządnie i nie mam wątpliwości, że na żywo dają radę między innymi dzięki za sprawą sprawnego basiska), selektywnie wyeksponowanej perkusji i wszystkiego tego, co obecne studnia nagrań a potem technika komputerowa oferują, by płyta brzmiała porównywalnie do największych hitów wspomnianych na wstępie sąsiadów z zachodu. Tylko po co? Muza ma sprawiać przyjemność a nie być tematem rozprawy naukowej.
No i zawartość tego CD niewątpliwie wielbicielom melodyjnego, symfonicznego BM przypadnie do gustu. Nie szukajmy tu nowatorskich rozwiązań, bo awangarda to nie jest. Ale jest mimo od razu przychodzących na myśl skojarzeń własna tożsamość, własny przekaz. I to, co sobie zawsze najbardziej cenię w muzyce której słucham – radość wspólnego grania.
Dla znających temat – bardzo dobra rzecz. Dla szukających a nie znających jeszcze tego tematu – rzecz godna polecenia, nie zawiedziecie się, może nawet i przekonacie do tego rodzaju muzyki. Dla szukających nowatorskich rozwiązań – nie tędy droga.
(GunterPrien 2013-04-28)
DEATHSTORM "Nechesh", 2013 WM Psycho
https://www.facebook.com/Deathstormband

I oto mamy do czynienia z kolejnym tchnieniem undergroundu. Świeżym tchnieniem. No dobra, zębiska od dawna nie myte, żarcie jak to u bestii podziemi, wiadomo – głównie jakieś upolowane mięsko. Więc wali z ryja nieprzeciętnie… a raczej w ryja. Się wie… Nazwa zobowiązuje. Zaiste mamy do czynienia ze śmiertelnym sztormem.
Czwórka rzeźników z lubuskiego (he, he, to tak jak ja, tyle ze ja dalej na północ mam swój szałas) postanowiła nas obdarować niemalże trzema kwadransami przyzwoitego death-metalowego uderzenia, zgodnego ze starymi, dobrymi wzorcami. Jeśli musiał bym porównać do jakiejś nazwy (pewnie że muszę – przecież zawsze o to chodzi by wskazać jakąś nazwę, fani się zainteresują a reszta i tak nie będzie wiedzieć o czym piszę) to oczywiście, że ja tu słyszę potęgę Morbid Angel. Bo jeśli death metal, to ja tylko słysze Morbid Angel, albo Azarath. He, he – chłopaki chyba też lubią ich płyty. I dobrze, bo to nie wstyd. A jeśli jeszcze i inne to nawet lepiej.
I nie mamy tu do czynienia (słyszenia) z bezczelną zrzynką z wymienionych, bo to było by za
proste i po prostu dałbym se luz. Bo i po co po raz enty paplać o odkrywczości dla sceny prekursorów gatunku z innego kontynentu, po co paplać o wielkich z naszej sceny, jeśli poza nimi jest od groma innych, nie mniej znaczących dla tego rodzaju grania?
Tak czy inaczej, w dzisiejszych czasach, gdy nagranie materiału już nie jest technicznie tak
trudne jak to było w latach dziewięćdziesiątych, być porównanym do tych, którzy wtedy zaczynali, to chyba plus. A nawet jeśli nie, to ja jestem zdania że tak. A korzystać z dobrych wzorców, nadając temu jednak własną tożsamość, którą zawsze się wyczuje jeśli w muzykach jest radość wspólnego grania, radość grania tej właśnie muzy, to nic złego.
A zatem, fani chorobliwego anioła i nie tylko, z zamkniętymi oczyma sięgajcie po ten materiał. Bo jest na nim wszystko to, co cechujący się klimatem death-metalowy album powinien posiadać: blasty, przyspieszenia, zwolnienia, pochody i bluzgający na wszystkie strony growlujący podmiot liryczny. Z wielką swobodą ten czteroosobowy skład przechodzi od rzeźni i łupanki, do momentami niemalże walcowatych zwolnień, podczas których nie tyle co gitarzysta ze swej strony co jakiś czas pokaże co umieją jego palce (no cóż – tak to już jest ułożone i zawsze tak być musi, gitarowy solos musi być, no chyba że gra Primus, to solos jest na basie, ale – to chyba jednak inne rejony) ale nade wszystko (wzorem właśnie mistrzów zza oceanu) perkusista. I są te nawalanki w werbel podczas gdy dobrze nagłośnione (ave realizator!!) stopy wybijają swoją linię. A gdy trafisz słuchaczu na kawałek, w którym masz to wszystko: i popis perkusisty, i następujący po nim solos, i zagęszczone riffy, na tle których przechodzisz od zwolnień do przyspieszeń…
Płyta cud miód!!! Bez niepotrzebnych momentów od samego początku do samego końca. Przemyślana, ograna na próbach, zaprezentowana z dumą. I tego na naszej scenie potrzeba jak najwięcej – muzy skomponowanej z głową, przemyślanej, nagranej tak, by samemu chciało się jej słuchać. I chłopakom jak najbardziej się to udało.
(GunterPrien 2013-04-14)
ETHELYN "No Glory To The God", 2012 WM Psycho
https://www.facebook.com/ethelynband

Trzeci pełny materiał opoczyńskich rzeźników przynosi całkiem zgrabną i chętnie wpadającą w ucho porcję melodyjnego detal-thrashowego szaleństwa.
Nie oszukujmy się, nikt nie wymyślił na tym krążku metalu na nowo, ale i nie o to w tym wszystkim przecież chodzi. Nikt nie zagrał odkrywczych dźwięków, wydobywając z instrumentów niemożliwe jak dotychczas patenty, bo i nie jest to w dzisiejszych czasach możliwe. Nie sposób jest też i tej płyty przybliżyć w jakiś niesamowicie wysublimowany sposób potencjalnemu odbiorcy, znudzonemu natłokiem propozycji a szukającemu czegoś odkrywczego, a może po prostu odkrywającemu ten gatunek muzyki.
Tych dziesiątki ścigających się solos z całą pewnością słyszeliście już niejednokrotnie. Te blasty z pewnością znaleźliście na wielu albumach. Tę histerię w głosie przekazującego opisane uprzednio stany emocjonalne i swój sposób na przeżycie kolejnego dnia również. Czyli co? Że niby mamy do czynienia z przeciętnym albumem jakich tysiące? Że jest to kolejna kopia każdego po trosze z naszych bohaterów sprzed lat? Ale, ale… czy od czasów Hendrixa ktoś zrobił coś rewolucyjnego i oryginalnego zarazem w muzyce? Pewnie ktoś powie – Edek Van Halen. Ale i on tylko tak naprawdę udoskonalił warsztat i nadał temu swój charakter, czyniąc z technicznego grania coś nowego, tyle że przenosząc to w cięższe rejony muzyki. Aha, czyli Trey, co przyjął imię ślepego Przedwiecznego nieustannie wygrywającego swą upiorną melodię na piszczelowym flecie tez tak naprawdę jedynie udoskonalił to, co stworzył ktoś przed nim?
No i co z tego? Każdy z nich, tak i tysiące innych których pominąłem zawarł w tym cząstkę samego siebie. I nie inaczej jest i z materiałem tejże hordy. Bo płyta ta ma coś, czego tym tysiącom (choć na pewno nie tym trzem o których wspomniałem) częstokroć brakuje – radość wspólnego grania, nagrywania, po wcześniejszej – jakże okupionej potem wylanym w sali prób, mordędze. No, może nie Via Dolorosa, bo to nie tędy droga (a właściwie nie tamtędy) ale zapewne Per Aspera ad Astra.
Cholernie spójny materiał, na którym sekcja rytmiczna wie, co ma zrobić i to zrobiła. A i pan realizator nie pominął ich udziału w tym gwałcie na waszych uszach, bowiem postarał się by ta była słyszalna. A jak wiadomo (ale chyba nie wszystkim) – im lepiej oporządzi się rytmika, tym swobodniejsze pole do popisu ma pozostała część składu.
A pole do popisu zostało wykorzystane. Oj tak, tak… I choć głównie w szybkich tempach, to jednak nie jest to jeszcze grindcore. I nie ma tu niezapełnionych dźwiękiem plam. Jest zwarta konstrukcja riffów, z typowym, death metalowym ciężarem, w jego klasycznym brzmieniu. I nie brak tu dobrych patentów z nadającymi temu materiałami smaczku zwolnieniami, jak choćby w trzecim „Sacrifice”, gdzie w marszowym tempie wokalista wydziera w niebogłosy swoją wersję zdarzeń. Ale nadchodzący po nim „Implosion” swym zagęszczeniem riffów już mnie, lubującemu raczej czarną polewkę, przywiódł na moment na myśl klasyczne brzmienie blackowego grania. „No day after tommorow” przypomniał mi nieco szwedzkich wyjadaczy z Hypocrisy, rozpoczęciem od typowo goetoborgskich rytmów, by po chwili rozwinąć skrzydła i pójść naprzód z pełną prędkością. Ale jeszcze bardziej rzuciło mi się to skojarzenie na uszy w następującym zaraz po „Wormhymen” gdy kawałek rozpoczął się od urwanej niemal równie szybko jak i rozpoczętej solówki, by przejść potem w odbiegającą od przywołanego wzorca klasycznej łupanki z przejściami. „Last Dedaly wound” to chyba najwolniejszy kawałek tej płyty. W którym chyba wokal jest najbardziej rozhisteryzowany, aczkolwiek nie ma tu deiciodowskiego patentu z podwójnym wokalem, który pojawiał się z nienacka w kilku wcześniejszych momentach.
I co, tyle nazw, czyli co? Pewnie wtórne, skopiowane i nieciekawe? A no nie. Zgoła przeciwnie. Bo każdy z nas, kto już od lat słucha tej muzyki i ma swych ulubionych bohaterów sceny, w każdym nagranym po iluś tam z odsłuchanych płyt materiałów, usłyszy coś już zasłyszanego. No i co? Czy to coś zmieni? Muza ma się podobać, albo nie. Ma chwytać za to niematerialne, nienazwane coś, co mieszka gdzieś głęboko w nas i wie lepiej bez kucia niepotrzebnych w tej chwili definicji, co jest dla nas dobre a co niepotrzebne. No i dla mnie to jest dobra muza. Nie męczy, sprawia radochę. A że słysząc ją mam jakieś skojarzenia? A czy ludzie odpowiedzialni za jej nagranie nie słuchają tych samych płyt?
(GunterPrien 2013-04-13)
VEX „Memorious”, 2013 HPGD Productions
https://www.facebook.com/vexhomepage

Teksańska epopeja nie przywodzi wcale na myśl masakry piłą mechaniczną, ale raczej wysublimowane w swej prostocie (czasem)
rewelacyjne połączenia harmonii, melodii i aranżacji, której tysiące ofiar w ukłonie urokowi płyty „Memorious” ulegną. Wielu dostrzeże tam skrócony i przyspieszony lekko Primordial, inni z lekka złagodzony Amon Amarth, ale powiadam Wam! Ta płyta z wyżej wymienionymi nie ma nic wspólnego! Bliżej jej do specyficznie wysublimowanych dźwięków i opowieści Enslaved, niż typowo folkowo-vikingowego rąbania toporem czy młotem kogo popadnie. Nawet ku chwale Odyna…
VEX z Teaxasu przez lata stworzył swój specyficzny styl, który mnie urzeka i choć echa wymienionych gdzieś tam grają, mamy tu zupełnie coś nowego. Utwory przechodzą płynnie jeden w drugi i właściwie dzięki temu to dzieło całościowe, którego powinno się słuchać od deski do deski. Odpalenie płyty i pierwszego utworu „Terra Soar” powinno już wszystkim dać do myślenia, że ta płyta zmiażdży. Nie jest to gołosłowie, ta płyta przewala się przez mój mózg, jak nie przymierzając kowalski młot, który rozedrgał się w nieopanowane rejony… Niech nie zwiodą Was miejscowe zwolnienia tempa, one musza czasem się pojawić, chociażby tylko po to by potem nastąpiło gromkie pierdolnięcie w postaci „Carve My Eyes”, który to utwór zmienia tempa, ale generalnie zaczyna Nas gdzieś pospieszać. Potem chwila wytchnienia i „No Such Things”, który pokazuje nam już z kim naprawdę mamy do czynienia. Panowie z Texasu sa naprawdę rewelacyjni, kolejne utwory tylko to potwierdzają. „Spectral Nation” urzekło mnie od czasu, kiedy dostałem te płyte od HPGD Production i zachwyt mój nie mija. Jakże przemyślana koncepcja? No bo przecież nie sztuka napierdalać ile wlezie, sztuka zrobić z napierdalanki sztukę! Następny utwór, na początek przywodzi mi specjalne skojarzenia z Opeth (kolejna chwila oddechu dla niektórych „Away from the Sun”), ale już nadciąga burza w postaci „Wasteland” najdłuższego utworu nas tej płycie i wszystko zmienia swoje formy. Znowu chwila oddechu i mamy „Those Days Are Gone” i tu już do wyboru do koloru, jak ktoś chce łojenie, zmiany tempa, trochę death, trochę black czy co tam … Ostatni utwór o znamiennym tytule „A Drinking Song” pokazuje, że zespół jest bardzo eklektyczny i moim zdaniem z dystansem podchodzi do swojej działalności.
Bardzo dobrze zagrane blisko 47 minut muzyki, której nie chce i nie potrafię włożyć w żadną szufladkę nawet gdybym chciał… Jak na razie dla mnie jedna z najlepszych płyt pierwszego kwartału 2013! Polecam i zalecam!
(Przemek 2013-04-02)
SILESIAN BLACK ATTACK "Krew Ziemi Czarnej"
(Witching Hour 2012)


Co raczej rzadkie w dzisiejszych realiach, niektóre kompilacje okazują się strzałem, no może nie w dziesiątkę, bo kapelom na nich zawartym raczej szóstka bliższa. Niektórym i nawet trzy. Ta zaś odbije się echem, bynajmniej nie tylko po mrocznych szybach opuszczonych, śląskich kopalni. A na pewno nieźle łupnie z głośników waszych odtwarzaczy (tylko nie mówcie mi, że wolicie mp3 i że słuchacie jej na PC, bo wtedy nie ma sensu mi tego pisać a wam czytać).
A owo cudo to kompilacja utworów których brak na jakichkolwiek innych regularnych wydawnictwach uczestników (no dobra, dobra – Besatt akurat swój kawałek zamieścił na jednej z trzech części rocznicowego wydawnictwa kompilacyjnego z różnymi rarytasami, ale że to limit i to raczej dla mega fanów, więc pewnie niewielu poza mną to ma) a które zostały podporządkowane wspólnej idei. No bo i zgodnie z tytułem, jest to atak black metalowych hord ze Śląska, bo jest to zaiste krew tej ziemi czarnym złotem wypełnionej. W bitwie każdego dnia o lepszy los dla siebie, dla bliskich, wydzieranego z czeluści sztolni. W regularnym rytmie wystukują kilofami swe melodie wędrowcy podziemi…
Osiem hord, osiem opowieści, osiem wizji, osiem…
Warto mieć ten krążek, bo wszyscy współtwórcy stanęli na wysokości zadania i dali odbiorcom co najlepszego potrafili a nie jakieś mizerne odpady po sesji, których żal wywalić a wstyd zamieścić na długograju.
Wspaniałe grafiki, które dają jasny przekaz - to są utwory nieodrodnych synów Silesii, związanych z ziemią na której żyją, i chyba dla której tworzą. Ku pamięci tych, co wyszarpywali jako i ich ojcowie i dziadowie - z trzewi Matki Ziemi jej czarne skarby.
Rewelacyjne teksty, w mroku swej poetyki nawiązujące do mroków podziemi. W metaforyce wszystkie opisujące to, czego oczy sprawiedliwych widzieć nie chcą, oczy przerażonych zapomnieć. Lucyferyczny bunt myśli oświecenia w wykonaniu bestialców z Diabolicon, mroczna wizja piekła dla potępieńców diabelskiego Besatt, poetycka podróż ze sprzeciwiającymi się woli proroka kolegami z hordy Furia… i tak do każdego z tych pozostałych utworów czy Iperyt, czy Mastiphal, czy Massemord czy Voidhanger można by stworzyć króciutką historię opartą na tekście, który jest mikropowieścią. Tylko po co? Każdy po przeczytaniu zobaczy to własnymi oczyma wyobraźni, wplecie w to obrazy z grafik bookletu, tak przesiąkniętego kopalnianą wizją jego twórcy. A konia z rzędem temu, kto w pełni zrozumie wizję jaka wyłania się z tekstu Morowe.
Sztuka przez duże „S” stworzyć wymykające się prostym klasyfikacjom utwory. Przez jeszcze większe zachęcić kilka hord by takimi perełkami się podzieliła. I tak to powstał Silesian Black Attack.
Polecam!
(GunterPrien)
Własna strona internetowa za darmo - sprawdź